Street art jako praktyka zaznaczania kobiecej obecności w przestrzeni miejskiej

 

„Tonight, the streets are ours”[1]

“It’s not just a boys club. We have a sisterhood thing going.”[2]

“Own the walls that surround you!”[3]

 

Kiedy pierwsze pociągi jeździły z tagami i graffiti po Nowym Jorku w latach 70. XX wieku mało kto przewidywał, jak znaczącą sztuką stanie się street art. Dziś jest nieodłączną częścią miejskiej tkanki, egalitarną praktyką pozwalającą na zostawienie śladu w ogólnodostępnej przestrzeni. Coraz częściej zabierają w niej głos kobiety, tworząc obrazy o feministycznym wydźwięku (choć nie tylko). Ich działania można odczytywać jako formę walki o równiejszy świat.

2006-minneapoliswall2

Sztuka w przestrzeni zurbanizowanej

Ponad połowa ludności na świecie mieszka w miastach. Pochodzimy z różnych miejsc, mamy odmienne tożsamości etniczne, różnimy się płcią, wykształceniem, klasą społeczną, statusem majątkowym. I stykamy się na co dzień z przestrzenią miejską. Najczęściej przybierającą formę szarych bloów lub budynków biurowych albo fabrycznych, dworców, przystanków, stacji metra, ulic, a także tego, co ją wypełnia – pojazdów, ludzi, zwierząt, roślinności.

Street art, wkradając się w nie, z jednej strony ingeruje w odgórnie ustalone plany zagospodarowania przestrzeni i nadania jej określonego znaczenia – nadpisuje je; a z drugiej – często jest nielegalną formą działania, ma anarchistyczny charakter i symbolicznie zwraca przestrzeń zwykłym, pozbawionym politycznej władzy, ludziom. Przez swoją silną widoczność stanowi świetny nośnik dla treści nie tylko estetycznych, ale i znaczących społecznie czy politycznie. Na poziomie metaartystycznym zaś można stwierdzić, że „streets to the people” to przestrzenny, miejski odpowiednik „power to the people”. I choć sztuka uliczna uległa częściowej komercjalizacji, to ogromne jej obszary pozostają podmiemnymi, nieoficjalnymi inicjatywami.

Jej kruchość i przemijalność w mogą być odczytywane jako metafora życiowej niepewności, jaka większości z nas często towarzyszy i pokazywać, że w dobie obecnej zwłaszcza w najbardziej znaczących biznesowo czy turystycznie miastach gentryfikacji i rosnących kosztów mieszkań nasza obecność w tkance miejskiej też jest nietrwała. Jednocześnie sama aktywność street-artowa pomaga przywrócić przestrzeń osobom ją zamieszkującym. Pozwala na wyrażenie siebie w twórczym działaniu, zaznaczeniu swojej obecności w często surowym, a nawet brutalnym, urbanistycznym środowisku. A z perspektywy przechodzącej czy przechodzącego – odmienia krajobraz, skłania do refleksji albo chociaż spojrzenia na znane, zwykle monotonne obiekty, w nowy sposób.

„Street art is a visual culture of the city, an artistic expression that appears, disappears, and reappears. It has become a vehicle for the people who live in these urban environments to reclaim a small segment of space through the creation of illegal art in public places.”[4] Od street artu nie da się uciec, można co najwyżej odwrócić wzrok. Dlatego też tak istotne jest, by nie tworzyli go jedynie mężczyźni – przestrzeń miast jest też przestrzenią kobiet czy osób LGBTQIA i powinny tak samo móc brać udział w jej oswajaniu poprzez działania na polu sztuki ulicznej.

Płaszczyzny działania

„Miejskość funkcjonuje (…) jako ważne miejsce działań i rewolty. Rzeczywiste cechy miejsca są ważne, a fizyczne i społeczne ich przeprojektowanie oraz terytorialna organizacja są bronią w walce politycznej.”[5] Ten, kto bierze w owej walce udział, ma szansę kształtować nowy porządek i nowe oblicze środowiska, w którym żyje. Odzyskać przestrzeń, która jest zabierana przez deweloperów, władze czy wielki kapitał. Jeśli dążą do tego kobiety lub przedstawicielki/przedstawiciele mniejszości etnicznych czy seksualnych, mogą zabrać głos nie tylko w kwestiach związanych z polityką przestrzenną, ale też zająć swoje stanowisko w stosunku do patriarchatu[6]. Sama ich aktywność jest emancypacyjną wypowiedzią.

“When I first started, women were still trying to prove themselves, through the 70’s, that women could do everything guys could do. The feminist movement was growing very strong and as a teenager I think it affected me without me realizing that I was a young feminist. The more guys said “you can’t do that”, the more I had to prove them wrong. I had to hold it up for all my sisters who looked up to me to be brave and courageous and to prove that I could do what guys could do. We defend our artworks with our fists and our crazy courage. When you have guys that disrespect you you’re gonna have to teach them a lesson, otherwise they are going to keep walking all over you. I’m sorry, but that’s the way it is out there, it’s not easy. But it also reflects what the art world in general is: 80% white males. So you have to fight tooth and nail, bitch and scream, be loud and be large to get respect.”[7]

– wspomina Lady Pink, jedna z pierwszych kobiet tworzących sztukę uliczną. Do dziś jest aktywna i szanowana w środowisku. Jej prace na przestrzeni dekad koncentrowały się na przedstawieniach nawiązujących do feminizmu, reprezentujących przeróżne kobiety, także należące do mniejszości etnicznych – przywracających ich obecność w tkance miejskiej, nawet jeśli ta chciała o nich zapomnieć przy pomocy polityki mieszkaniowej, zdrowotnej, socjalnej.

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy samej działalności na ulicy. Nawet bez oglądania Wyjścia przez sklep z pamiątkami możemy sobie wyobrazić, jak ona wygląda. Ze względu na to, że graffiti jest nielegalne w większości miejsc świata, często tworzone jest w nocy, naraża twórczynię czy twórcę nie tylko na aresztowanie, ale też zwykłą, banalną przemoc, która w przypadku kobiet może być znacznie dotkliwsza, niż w przypadku mężczyzn. Niektóre jednak i ten aspekt działalności traktują jak wiadomość dla innych “to the girls in my situation to have no fear and to express themselves in public.”[8], mówi Malina Suliman z Afganistanu. Wyrazić siebie i bawić się uwalnianiem twórczej energii. Pozwolić sobie nie tylko na załatwianie sprawunków czy robienie czegoś z obowiązku, ale i radość z artystycznego eksperymentu.

Idąc dalej tym tropem, można powiedzieć, że twórczość streetartowa przełamuje genderowe stereotypy nie tylko na polu wykonywania „męskiego zajęcia”. Równie ważne okazuje się to, że kobiety nie ograniczają swojej aktywności do przestrzeni prywatnych, domowych. Niezwykle cenne jest to, że wychodzą ze swoim przekazem w miejsca najbardziej  publiczne. Być może przełamują strach czy lęk w drodze z domu pod mur, ale ostatecznie wypowiadają się w ulicznej debacie, zabierają głos, dają się usłyszeć. „It all links back to people being safe and respected in public spaces.”[9] Dzięki czemu kształtują dyskurs ulicy i narrację miasta. Nie oddają pola walki innym. I bardzo dobrze, nie powinny. Bo tylko one – tak jak są córkami, matkami, przyjaciółkami; mają różne kolory skóry, są z różnych klas, mają różne korzenie czy doświadczenia – wiedzą, co je dotyka, z jakimi problemami się stykają na co dzień, o czym wszystkie przechodzące osoby powinny usłyszeć, nad czym się zastanowić, w imię czego działać. Często znoszą dualizm prywatne/publiczne i wnoszą nową jakość w miejsca, w których działają[10]. Pokazują indywidualne, niekiedy wręcz intymne sprawy jako istotne, warte uwagi, przypominają, że to one – ze swoją kruchością i jednostkowością – konstytuują naszą codzienność. Zmieniają więc perspektywę postrzegania kondycji miejskiej mieszkanki czy mieszkańca. „Nasze ulice” nie są „nasze” tylko dlatego, że przy nich mieszkamy – ale też dlatego, że dodefiniowują naszą tożsamość, dookreślają nasze mieszkania i enklawy prywatności. Przestrzeń domu i ta za oknem wpływa na nasze samopoczucie, bezpieczeństwo, „robi nam życie”.

Płaszczyzny przedstawiania

Kobiety w swoich street-artowych dziełach poruszają przeróżne tematy. Jedne zorientowane są płciowo czy wręcz feministycznie, inne – wynikające z wrażliwości i intencji autorki, ale nie tematyzujące jej doświadczenia bycia w świecie jako kobiety. Jak zaznaczałam wyżej, samo ich działanie jest rodzajem politycznej aktywności. O czym jednak mówią, jakie prace tworzą?

Część z nich bardzo otwarcie porusza sprawy związane z kobiecością i emocjami. „I’m oversensitive, I have to use it somehow”[11] –  tłumaczy Miss Van, która wielokrotnie przetwarzała w swoich wieokolorowych pracach wizerunki kobiet, interpretując ich kondycję i sytuację. Podobnie czyni Lady Pink, która na przestrzeni dziesięcioleci wyrazistymi, barwnymi graffiti i muralami wypowiadała się w sprawach emancypacyjnych, także w wywiadach deklarując feministyczne poglądy czy uderzając w rządzących. Miss Me zabiera mocny głos nie tylko odnośnie kobiecości (choć gra nią sugestywnie), ale i wszystkiego, co się z nią wiąże, społecznych ram, które na kobiety – także te o różnym pochodzeniu czy statusue materialnym – są narzucane. Krytykuje konsumpcjonizm, pułapki kapitalizmu i hipokryzję władzy.

Jaqueline de Montaigne w swoich pracach malarskich z kolei silnie nawiązuje do walki o prawa człowieka i problemów społecznych. Bahia Shehab użyła tworzonej na potrzeby galeryjnej wystawy sztuki do wyrażenia oporu wobec dyktatury w Kairze i wsparcia rewolucji z roku 2011[12].  Tatyana Fazlalizadeh jest zaś autorką projektu Stop telling women to smile, w którym swoimi wydrukami z wizerunkami swoimi i innych kobiet walczy z ulicznym molestowaniem[13]. Intra Laure wychodzi w swojej działalności poza formę malarską i w różnych miejscach świata przykleja na budynki kolorowe, ale kruche płaskorzeźby przedstawiające piersi[14], w przewrotny sposób zaznaczający kobiecą obecność w przestrzenimiejskiej i jednocześnie wskazujący na jej delikatność, niepewność, podatność na przemoc.

Camilla Watson wykonywała bardzo ciekawy projekt w Mourarii/Alfamie w Lizbonie[15]: sfotografowała mieszkanki i mieszkańców, którzy żyli tam od lat, a obecnie są często przymusem ekonomicznym związanym z gentryfikacją zmuszani do opuszczania swoich domów, i umieściła wielkoformatowe zdjęcia na ścianach budynków, w których są lub byli. Każda osoba ma swoje imię, każda opowiada swoją pozą swoją historię. I choć projekt ten – podobnie jak akcje JR-a[16] – może nasuwać pytania o granice między „użyciem” a „działaniem w czyimś imieniu”, wydaje mi się, że jest świetnym zabiegiem na wykorzystanie street artu, aby przywrócić lokalną przestrzeń tym, którym do których ona należy. Jak o działaniach artystycznych na ulicach mówiła Gilt!: „It’s more about connecting with people who are going through struggles and being able to amplify their voices”[17]. Za Krzysztofem Nawratkiem można powtórzyć, że „Walka w obszarze kultury, wszelka aktywność społeczna czy może stać się skuteczna jedynie jako część walki politycznej”[18].

 

Prywatne, artystyczne, polityczne

Egalitarne praktyki wyrażania siebie w przestrzeni miejskiej przez lata były udziałem głównie mężczyzn. Obecnie jednak coraz więcej kobiet decyduje się na zaznaczenie swojej obecności poprzez sztukę dostępną na ulicach miast. Dzięki temu ich głos – zabierany w sprawach emancypacyjnych, w walce o prawa człowieka czy kwestie socjalne, ale też będący zwykłym, radosnym aktem tworzenia – ma prawo dotrzeć do tysięcy osób, pokazać przestrzeń w nowym, barwnym kontekście, sprowokować rozmowę. „Ten mural – on mi daje wolność… Ludzie go widzą, komentują, nieraz coś domalowują. O to chodzi.”[19]

 

Cytowane źródła

[1] R. Hawley, Tonight the streets are ours

[2] https://creators.vice.com/en_us/article/qkw9k3/lady-pink-graffiti-queen-new-exhibition [dostęp: 19.02.2018].

[3] H. Chalfant, Foreword, w: C. Lewisohn, Street Art. The Graffiti Revolution.

[4] J. Armstrong, The Contested Gallery: Street Art, Ethnography and the Search for Urban Understandings [http://ejournals.library.vanderbilt.edu/ojs/index.php/ameriquests/article/view/46, dostęp 18.02.2018].

[5] D. Harvey, Bunt miast, s. 64.

[6] O potrzebie – czy wręcz konieczności – kobiecego wielogłosu i uwzględniania różnych perspektyw pisała jako pierwsza najbardziej zdecydowanie bell hooks. Zob. jej np. Teoria feministyczna. Od marginesu do centrum.

[7] https://streetartnyc.wordpress.com/street-artists/lady-pink/ [dostęp 19.02.2018].

[8] https://www.nytimes.com/2014/05/28/opinion/baird-the-writing-is-on-the-wall.html [dostęp 19.02.2018].

[9] https://www.stuffmomnevertoldyou.com/podcasts/street-art-sisterhood.htm [dostęp 18.02.2018].

[10] O podziale prywatne/publiczne zob. np. C. Staehli, Gender, place, citizenship.

[11] Miss Van https://vimeo.com/59232550 [dostęp 18.02.2018].

[12] Zob. np. https://www.ted.com/talks/bahia_shehab_a_thousand_times_no?language=pt#t-89265 [dostęp 20.02.2018].

[13] http://stoptellingwomentosmile.com [dostęp 20.02.2018].

[14] http://streetartparis.fr/intra-larue-installs-her-painted-breast-art-streets-paris/ [dostęp 20.02.2018].

[15] http://camillawatsonphotography.net [dostęp 20.02.2018].

[16] http://www.jr-art.net/videos/women-are-heroes-by-jr [dostęp 20.02.2018].

[17] Gilt!, Brooklyn, wypowiedź w trailerze do Street Heiones, dokumentu o kobietach tworzących graffiti i street art, jest na etapie produkcji, ma się ukazać w tym roku. Zob. http://www.streetheroinesfilm.com/ [dostęp 20.02.2018].

[18] K. Nawratek, Miejskie rewolucje, s. 21

[19] I. Zając [http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,3872613.html, dostęp 17.02.2018].

we’re on the road to nowhere. or are we?

jak będzie zobaczymy, ale to chyba pierwsza w miarę optymistyczna diagnoza na przyszłość, jaka do mnie dotarła. pytanie, na ile miałaby szansę się rozciągnąć poza szeroko pojęty zachód. oraz czy to naiwne życzenia, czy kierunek faktycznych zmian, bo brzmi to dość cukierkowo. tak czy siak,  do obejrzenia, zastanowienia nad treścią i ewentualnej polemiki.

oraz 3rd industrial revolution na vice.com

notowane na marginesie dokumentu:

  • planeta umiera, zmiany klimatyczne to fakt, nie przewidywania
  • gospodarka oparta na prawach i mechanizmach ustanowionych przez rewolucję przemysłową wysysa ją bezlitośnie, ale nadchodzi kolejna rewolucja
  • rynek paliw kopalnych jako kolejna gigantyczna bańka rynkowa
  • mieszkalnictwo, konsumpcja mięsa i transport jako główne źródła zanieczyszczeń środowiska
  • internet rzeczy jako podstawa nowych stosunków społeczno-gospodarczych
  • ekonomia oparta na własności -> ekonomia dzielenia
  • kapitał rynkowy -> wymiana społeczna
  • wolność w niezależności -> wolność we wspólnocie
  • władza oparta na hierarchii -> siła płynąca ze struktury bez wielowarstwowej gradacji
  • zaczynające się odchodzenie od geopolityki na rzecz świadomości biosfery
  • zmiany na rynku pracy – rozwój instytucji non-profit
  • empatia i kooperatywy ftw
  • woda krytycznym zasobem
  • powstanie elektryczności pomogło wyjść kobietom z domów
  • regulować google’a
  • infrastruktura, edukacja itd. fundowane przez państwo u źródeł wszystkich wynalazków sektora prywatnego (“hello, “world”)
  • nadzieja w milleniaskach i millenialsach

Między znaczeniami (Trzy billboardy za Ebbing, Missouri)

Kto chce jasnych odczytań, raczej się zawiedzie Trzema billboardami za Ebbing, Missouri. To alegoryczny, grający punktowością i niedopowiedzeniami film o radzeniu sobie ze stratą, złością, żalem; z tym, co ciężko zrozumieć i na co trudno znaleźć właściwą odpowiedź. Bo jak można się pogodzić z brutalnym morderstwem dziecka, skazującym na śmierć nowotworem czy utraceniem życiowego marzenia? 

Dawno nie wychodziłam z kina z takim mętlikiem w głowie. Przez niemal dwie godziny wygranych zostało mnóstwo emocji i symbolicznych, ale niedomkniętych, znaczących sytuacji. Nie zobaczyłam po prostu filmu „kryminalnego”, „dramatycznego”, „komediowego” ani „o współczesnej Ameryce”, przemocy seksualnej czy domowej, zabójstwie, rasizmie, homofobii czy chorobie nowotworowej – choć momentami kusi, by zamknąć go w tych ramach. Reżyser grał konwencjami, operator intymnymi i zdystansowymi ujęciami. Aktorzy i aktorki bardzo dobrze wykreowali swoje role. W każdej z osób mieszkających w Ebbing przeplatały się zło i dobro, bierność i aktywność, każda dźwigała swoje obciążenia i przekonania o tym, co słuszne i nie, na okazanie jakich uczuć może sobie pozwolić, na jakie nie. Niemal każda emocja poza złością była wyciszona. A i ta raczej nie wybrzmiewała wprost, manifestując się często w okrutnych, aż nierealnych, zdarzeniach.

Niewielkie, nieco senne miasteczko w niby-Ameryce (bo momentami można mieć wrażenie, że jest tak realne jak Twin Peaks) zdołało zogniskować w sobie patriarchat, rasizm, homofobię, nieuzasadnioną przemoc. Bohaterowie czy bohaterki czasami z nimi walczą, ale też zdarza się, że przechodzą obok nich bez pełnych sprzeciwu reakcji. Tak jakby wszystkie te elementy były wpisane w porządek codzienności albo silniejsze niż postaci, które miałyby z nimi walczyć. Dopiero doprowadzone na skraj wytrzymałości emocjonalnej, przygniesione bólem, złością i bezsilnością, próbują się im przeciwstawiać. Tak jak potrafiły, a więc najczęściej nieumiejętnie, uciekając się do przemocy czy uniku i raniąc innych.

Widzimy jak ze swoimi demonami walczą różne osoby z Ebbing. Na uwagę zasługuje przede wszystkim Mildred Hayes (świetna rola Frances McDormand), którą poznajemy, kiedy postanawia wykorzystać trzy tytułowe billboardy do przypomnienia lokalnej policji o tym, że śledztwo w sprawie brutalnej śmierci jej córki – mimo ponad pół roku od zbrodni – nie doprowadziło do schywatania sprawcy. „Raped while dying”, „And still no arrests”, „How come, chief Willoughby?” pytają od Wielkanocnego wieczoru. I wywołują burzę w lokalnej społeczności, spowodowaną przede wszystkim atakiem na szanowanego, zmagającego się z rakiem, szefa miejscowej policji. Trzeba zaznaczyć, że fabuła filmu skupia się na następstwach „kampanii” Mildred, a nie na samym zabójstwie czy śledztwie. To człowiek wobec zła, przemocy i bezsilności jest tematem Trzech billboardów…, nie zagadka zbrodni.

Mildred pełna złości, ale i siły, konsekwentnie walcząca o to, do czego dąży, wbrew niemal wszystkim dookoła (także jej synowi – sic!) przekracza tradycyjnie pojmowaną kobiecość i męskość. Ubiera się niezmiennie w granatowy, znoszony kombinezon, nieumalowana i niewdziecząca się do nikogo ma tylko jeden cel – schwytać zabójcę córki. Matkę wspierają inne wykluczone osoby: czarnoskórka koleżanka, manager z agencji reklamowej atakowany z powodów homofobicznych czy karzeł. W krytycznych momentach, w których skorupa wojowniczki pęka, kiedy dopuszcza do głosu smutek czy rozpacz, widzimy jak wielowymiarowa jest to bohaterka. Momentami miałam wrażenie, że gdyby faktycznie zaniechała swojej misji, rozpadłaby się na kawałki. I choć ewoluuje, podobnie jak oficer Jackson Dixon czy sam Willoughby, jest jakoś spójna w swojej postawie – i w tym, jak reżyser portretuje swoich bohaterów i bohaterki. W zaskakujący sposób krzyżuje ich z sobą: Willoughby’ego i Abercrombie’ego, Heyes i Dixona, Charlie’ego i Jamesa.

Postaci zmieniają się pod wpływem zwykłych, ale nieoczekiwanych i przełamujących wieloletnie schematy, zdarzeń. Okazuje się, że czasami niewielka iskra jest w stanie zmienić ich postępowanie. Nie tylko kobiety wymykają się patriarchalnym wzorcom i kapitulują wobec tego, co tradycyjnie dozwolone – niektórzy mężczyźni także, na przykład pozwalając sobie na emocje czy pokazanie słabości. Niekiedy, w chwili próby okazuje się, że największą siłę mogą zyskać, bezpośrednio konfrontując się z tym, co ich spotyka; że to w jakiś przedziwny sposób ma szansę przywrócić im godność i zatrzymać spiralę bezsensu czy nienawiści. Czy będzie to popełnienie samobójstwa w obliczu śmiertelnej, skazującej na agonię, choroby (Willoughby). Czy próba ocalenia w sobie marzenia o wykonywaniu upragnionego zajęcia i podążenia śladem autorytetu (Dixon). Brzmi banalnie? Uprzedzałam, że to grająca niedomknięciami alegoria.

W symbolicznych wątkach może się dziś przeglądać niemal cały świat. I zobaczyć, że choć rzadko kiedy wszystko jest czarno-białe, to przemoc czy zło są mieczami obosiecznymi, które często bardziej ranią sprawcę/sprawczynię niż fizyczną ofiarę. Co oczywiście nie znaczy, że należy wobec nich przechodzić obojętnie, a osoba pokrzywdzona nie ma prawa do sprawiedliwości. Przybiera ona jednak w Trzech billboardach… zaskakujące formy i niekiedy wynika z przypadkowego rozwoju wypadków. Pytania o to, czy wymierzanie kary naprawdę może przynieść pokrzywdzonym ulgę, a także czy będą w stanie udźwignąć ten ciężar, pozostaje natomiast bez odpowiedzi.

neoliberalne idee niszczą demokratyczny sen

During Great Depression, which I’m old enough to remember, there was – and most of my family was unemployed working class… It was bad, much worse subjectively than today. But there was an expectation that things were going to get better. There was a sense of real hopefulness. There isn’t today.

– tym optymistycznymi zdaniami Noam Chomsky rozpoczyna Requiem for the American Dream (2016). W dalszych częściach wywiadu tłumaczy, że brak nadziei wynika z pogłębiających się nierówności i świadomości biedniejszej części społeczeństwa, że nie ma szans na lepsze jutro, bo przysłowiowy 1% najbogatszych swoimi wpływami zabezpiecza jedynie własne interesy. Chomsky przedstawia 10 zasad nierówności i pokazuje, jak ich urzeczywistnianie w neoliberalnych praktykach od lat 70. stopniowo, ale konsekwentnie i skutecznie zabija tytułowy amerykański sen, czyli przekonanie o możliwości awansu społecznego (czytaj: klasowego) dzięki edukacji i pracy.

Oto przepis na sukces:
1. Ogranicz demokrację.
2. Stwórz ideologię.
3. Przekształć ekonomię.
4. Przenieś główny ciężar ekonomiczno-społeczny na klasę średnią i biednych.
5. Uderz w solidarność ludzi.
6. Pozwól, aby partykularne interesy bogatych rządziły reugulacjami.
7. Manipuluj wynikami wyborów.
8. Używaj sił rządowych do trzymania tłumu w ryzach.
9. Sfabrykuj przyzwolenie na swoje działania.
10. Zmarginalizuj siłę ludności.

Brzmi złowieszczo i wcale nie jak z bajki, prawda? Wiemy, że nie jest dobrze – nie tylko w Stanach, ale i w Europie. Wiemy, że nierówności osiągają nieprzyzwoicie dużą skalę – i że z roku na rok się ona powiększa. (Z dzisiejszych wiadomości można się było dowiedzieć, że 82% światowego majątku należy do 1%.) O tym, że “millenialsi” mają gorzej niż ich rodzice informują nas co jakiś czas media.

Co ciekawego na podobny temat może nam jeszcze przekazać Chomsky? Otóż spogląda na procesy, które pogłębiają nierówności w Ameryce, z lotu ptaka i obrazowo o nich opowiada. Wykazuje, że sama Konstytucja Stanów ustanowiła porządek, w którym bogatsi są na wygranej pozycji. Między wierszami wtrąca zapomnianą przez ignorantów i ignorantki prawdę, że walka klas nie jest tylko pojęciem podręcznikowym, ale jak najbardziej realnym zjawiskiem. Podkreśla, że momenty społecznego przebudzenia i nacisku na rządzących, takie jak jednoczenie się ruchu robotniczego i strajki w latach 30. albo walczącego o prawa człowieka w latach 60. XX wieku, były kluczowe dla wejścia na kolejne stopnie demokratyzacji Stanów (jak podkreśla, nadal najbardziej wolnościowego państwa) i przypomnieniu władzy, że musi oddać kawałek trzymanego dla siebie tortu.

Z przemyślanej, skrupulatnie prowadzonej narracji można wnioskować, że obecna koncentracja kapitału i władzy sprawia, że powtórzenie podobnych wydarzeń będzie trudne, a Trump w Białym Domu to nic innego jak konsekwencja 250 lat historii USA. Pobudkę z koszmaru, który już śni Ameryka, a którego niebezpieczeństwo krąży też nad Europą (i nie tylko) może zagwarantować tylko radykalnie solidarna walka o równość. Which side are you on?
Continue reading “neoliberalne idee niszczą demokratyczny sen”

nola by bob dylan

“O zmierzchu spacerowałem po mieście. Powietrze było mroczne i upajające. Na betonowym gzymsie przycupnął olbrzymi wychudzony kocur. Podszedłem blisko, ani drgnął. Żałowałem, że nie mam dzbanka z mlekiem. Moje oczy i uszy były szeroko otwarte, świadomość w pełni rozbudzona. Pierwsze, na co zwracałem uwagę w Nowym Orleanie, to cmentarze – mocna sprawa, jedna z najlepszych rzeczy, jakie oferuje to miasto. Przechodząc obok, człowiek stara się być jak najciszej, żeby nie budzić zmarłych. Grobowce w stylu greckim i rzymskim – budowane na zamówienie, widmowe, pałacopodobne mauzolea, znaki i symbole ukrytego rozkładu – duchy kobiet i mężczyzn, którzy grzeszyli i umarli, a teraz żyją w grobach. Tutaj przeszłość nie przemija tak szybko. Umarłym mozna być długo. Duchy rywalizują o dostęp do światła, niemal słychać ich ciężki oddech, bardzo chcą gdzieś dotrzeć. Nowy Orlean, w odróżnieniu od wielu innych miejsc, do których się wraca, zachował swój dawny urok. Noc może cię tu pochłonąć, ale właściwie pozostajesz nietykalny. Za każdym rogiem czeka obietnica wspaniałej przygody, wszystko dopiero się zaczyna. Za każdymi drzwiami kryje się coś obscenicznie radosnego albo ktoś płacze z twarzą ukrytą w dłoniach. W sennym powietrzu pulsuje leniwy rytm, armosfera jest gęsta od dawnych pojedynków, romanów, głosów, nawołujących się towarzyszy. Wszystko niewidzialne, a mimo to wyraźnie obecne. Zawsze ktoś tonie. Tutaj każdy należy do jakiegoś tajnego rodu z Południa. Albo jest cudzoziemcem.

(…) W każdej chwili dzieje się tutaj tysiąc różnych rzeczy. Zawsze można stać się świadkiem obrzędów ku czci jakiejś nieznanej królowej. Arystokraci i osoby z tytułami jak obłąkani podpierają ściany i czołgają się w rynsztokach. Nawet oni miewają interesujace spostrzeżenia. Tutaj nic nie wydaje się niestosowne. Całe miasto jest jednym wielkim poematem. (…)

Tutaj liczy się tylko dzień dzisiejszy, potem nastaje wieczór, a jutro znów będzie dzisiaj. Na drzewach rośnie chroniczna melancholia. To miasto nigdy nie nuży. Po pewnym czasie człowiek zaczyna się czuć jak duch z jednego z grobowców, jakby zwiedzał muzeum figur woskowych pod karmazynowym niebem.”

 

B. Dylan, Kroniki, przeł. M. Szuster, Wołowiec 2014.

O czym rozmawiamy, kiedy (znów) mówimy o kobietach w IT

Na fali kolejnego skandalu genderowego w Dolinie Krzemowej na nowo rozpoczęła się debata o kobietach w IT. Jeśli myślisz, że dotyczy ona tylko i wyłącznie hermetycznego, informatycznego świata, grubo się mylisz. Zdolność programowania to pozorny przedmiot sporu – w istocie chodzi o to, czy mogę sama dążyć do określenia swojego miejsca w świecie, czy też jest ono biologicznie lub etnicznie zdeterminowane.

Long story short:  W Google Ideological Echo Chamber James Damore pyta: czy kobieta jest w stanie poradzić sobie z wymagającą umysłowo pracą analityczną?; czy biologia obdarzyła kobietę możliwościami radzenia sobie w stresującym środowisku pracy?; czy może pracować „z rzeczami”, czy jej przeznaczeniem jest praca „z ludźmi”? I stawia tezę, że stosunkowo niewielka liczba kobiet w IT nie wynika z przyczyn społecznych (takich jak dyskryminacja płciowa czy czynniki kulturowe), ale z powodu naturalnych uwarunkowań płci żeńskiej. Odpuszczę sobie bezpośrednią polemikę z tym tekstem, kompetentniejsze ode mnie osoby zdążyły się do niego odnieść[1].  Ważniejsze jest ujrzenie sprawy w szerszym kontekście. Jej sedno nie leży bowiem w pytaniach o to, czy jako kobieta jestem w stanie pisać skomplikowany kod albo podejmować trudne, odpowiedzialne decyzje dotyczące rozwoju start-upów.

O ile po raz kolejny w ostatnich miesiącach (m.in. po Reflecting On One Very, Very Strange Year At Uber Susan J. Fowler) rozmawiamy o firmie informatycznej jako miejscu skandalu na tle płciowym, to świat komputerowych technologii nie jest aż tak wyjątkowym środowiskiem zawodowym. Ze względu na modny temat „kobiet w IT”, silną maskulinizację i pieniądze, jakie są w branży lokowane, jest jednak najgłośniejszym i interesującym dla uważnego oka. Jak w soczewce skupia problemy społeczno-genderowe Zachodu i ich paradoksy. Z jednej strony zachęca się nas do „robienia kariery” czy obejmowania roli liderki, daje dostęp do baz wiedzy i programów szkoleniowych, wiele korporacji stara się wprowadzać równościową politykę jako jeden z HR-owych standardów. Z drugiej od małego tresuje się do bycia grzecznymi, uległymi dziewczynami, nie zwalcza odpowiednio skutecznie systemowo przemocy, z którą się stykamy niemal całe życie, a mimo różnych zachęt do przebijania szklanego sufitu czy rozwoju zawodowego w STEM-ie, w miejscach pracy często spotykamy się z nierównością płac, nieprzejrzystością drogi awansu i „bro culture”. Jeśli czytasz to jako kobieta o innym kolorze skóry niż biały, spotykasz się na co dzień z dodatkowymi komplikacjami, których zapewne nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Jeśli pochodzisz z rodziny ubogiej lub o niskim statusie społecznym, ciężej było ci, kiedy postanowiłaś, że chcesz zdobyć wykształcenie informatyczne. Jasne, są chlubne wyjątki, ale zwykle życie wikła kobiety (i przedstawicielki czy przedstawicieli mniejszości) w kontrast teorii i praktyki.

Kobiety programowały, zanim to było modne – tj. od samego początku, od 1842 roku, kiedy Ada Lovelace napisała pierwszy algorytm, w drugiej połowie XX wieku to głównie kobiety wysyłały astronautów w kosmos, dzięki programom, które tworzyły. Jednak od lat 80., czasów w których komputery zaczęły gościć w prywatnych domach, zawód zaczęli dominować mężczyźni. Skąd ta zmiana? Kodowanie przestało być postrzegane jako nudne, żmudne i niezbyt intratne zajęcie, a zaczęło jako prestiżowa, dobrze opłacalna, ciekawa praca przede wszystkim dla mężczyzn[2] (który z graczy nie chciałby przyczynić się do rozwoju ulubionej gry?). Mimo licznych zachęt i programów, które powstały w ostatnich latach, nie udaje się przełamać męskiej dominacji na rynku. Obecnie kobiety w Stanach zajmują 26% stanowisk w IT, w tym 16% to białe kobiety, 5% – Azjatki, 3% – Afroamerykanki, 2% – Latynoamerykanki[3]. Tylko 17% start-upów jest zakładanych przez kobiety[4]. Powstają fundacje takie jak Women Who Code, Women in Technology, Learn IT, Girl, uczelnie prowadzą kampanie zachęcające kobiety do studiowania nauk komputerowych. Jednak mimo że prestiżowe uniwersytety takie jak Stanford czy Berkeley wyrównują poziom studentów i studentek, nadal mężczyzn zatrudnia się dwukrotnie częściej niż kobiety – chociaż mają takie same kwalifikacje[5].

Przytaczane dane dotyczą USA, bo tego obszaru najczęściej dotyczą badania. Można założyć, że są dość reprezentatywne dla branży, można przewidywać, że jeśli chodzi o zróżnicowanie środowiska pracy w wielu miejscach na świecie jest gorzej. Stany pozostają jednak ważnym punktem odniesienia dla branży informatycznej – tam leży Dolina Krzemowa, gdzie rozwijane są innowacyjne projekty; tam znajduje się wielu „aniołów biznesów”, o których dofinansowaniu marzą start-upy z różnych kontynentów; wreszcie – w Stanach główne siedziby mają korporacje takie jak Google, Apple czy Facebook, których rozwiązania nadają ton działaniom mniejszych graczy i wpływają na życie milionów użytkowniczek i użytkowników na całym świecie. Firmy zabiegają o najlepsze specjalistki i najlepszych specjalistów, oferują atrakcyjne pakiety pracownicze, łowią talenty z całego globu. Według przewidywań zapotrzebowanie na wykwalifikowane w IT osoby będzie rosło, więc dla wielu młodych osób wydaje się ono rozsądnym wyborem zawodowym. Dlaczego miałoby się skończyć na tym, że jest atrakcyjny przede wszystkim dla mężczyzn?

Powstały dziesiątki analiz powodów, dla których kobiety albo nie myślą o sobie jako przyszłych programistkach, albo odchodzą z firm, w których pracują na tym stanowisku. Mówią o czynnikach społeczno-kulturowych jako kluczowych dla decyzji, nie biologicznych. Według raportu National Center for Women & Information Technology w USA po kilku latach z firm odchodzi aż 41% kobiet. Do głównych powodów należą brak możliwości rozwoju czy obejmowania kreatywnych ról w zespołach, brak wsparcia menedżerskiego i możliwości awansu na liderki. Mimo tego, że – jak pokazują badania – zespoły złożone z osób różnej płci czy pochodzenia osiągają lepsze wyniki, a firmy, w których zarządach zasiadają kobiety, odnoszą większe sukcesy.

Poza organizacyjnymi przyczynami oddalania się od branży informatycznej często są zachowania udowadniające kobietom, że to nie ich świat: dyskrymianacja czy seksizm, które nie muszą od razu przybierać formy odrzucania kobiecej kandydatury na stanowisko dyrektorskie albo molestowania seksualnego. Najczęściej chodzi o małe rzeczy, bo to one składają się na codzienność: niby-śmieszne, złośliwe komentarze; podważanie kwalifikacji; niedopuszczanie do głosu, przerywanie w trakcie wypowiedzi albo ignorowanie jej treści, do czasu, kiedy nie powtórzy jej mężczyzna; odnoszenie się do wyglądu czy stylu ubierania; wmawianie, że jeśli stawiam granice, to znaczy, że nie mam poczucia humoru; wplatanie seksualnych podtekstów w rzeczowe rozmowy, a tym samym podkopywanie autorytetu współrozmówczyni; brak zrozumienia dla tego, że chcę używać żeńskiej formy stanowiska (jak pozwolisz mi do siebie mówić w formie żeńskiej, uwierzę, że naprawdę nie ma to znaczenia); posługiwanie się krzywdzącymi stereotypami i generalizacjami.

Jeśli: zdarzyło ci się mówić, że „pralki są po to, żeby kobiety też mogły programować”, „nie ma ładnych programistek”, „jesteś inteligentna jak na kobietę”, „kobiety są zbyt emocjonalne, żeby mogły odpowiadać za ważne rzeczy”; uważasz, że bawienie się wulgarnymi skojarzeniami angielskiej nazwy oprogramowania i żeńskich narządów płciowych jest w porządku; wymagasz od kobiet więcej niż od mężczyzn, żeby uznać je za wartościowe pracownice; podkreślasz swój status społeczny i majątkowy, mimo tego, że wiesz, że zatrudniasz młodą matkę za małe pieniądze na umowie o dzieło czy zlecenie; nie zapewniasz swoim pracownicom umowy o pracę i wmawiasz im, że rezygnacja z praw pracowniczych jest dla ich dobra; z lekceważeniem podchodzisz do kwestii nierówności płacowych; jako osoba zarządzająca ignorujesz przemoc w miejscu w pracy, a próbując rozwiązać problematyczną sytuację, wprowadzasz odgórne rozwiązanie, nie pytając osoby pokrzywdzonej, jak się z nim czuje*, nie pytaj „dlaczego nie ma kobiet w IT?”, tylko zacznij się zastanawiać „co mogę zmienić, żeby branża była dobrym środowiskiem pracy dla wszystkich zatrudnionych”.

Zapominanie o powyższych kwestiach jest czystą ignorancją. Podważanie równościowej polityki firmy w imię obrony praw uprzywilejowanego białego mężczyzny to coś z czego w Ameryce może być dumny tylko ruch alt-right. Check your privilege, man. Potrzebujemy rozwiązań, które są skuteczne i odporne na paradoks merytorkacji, bo samo przekonanie o podejmowaniu szlachetnych działań nie wystarcza, przeciwnie – w praktyce może prowazić do usprawiedliwiania przed sobą uprzedzeń[6]. Oby coraz więcej organizacji zaczęło dojrzewać do tego, by dostrzec, że świadoma budowa zróżnicowanego, równościowego zespołu, transparentna ścieżka zawodowa i przejrzystość zarobków to kolejny krok pomagający uczynić środowisko pracy lepszym. Żadne akcje typu „kobiety do kodu” nie pomogą, o ile codzienność rynku pracy nie będzie dowodem na to, że IT faktycznie jest branżą dla wszystkich.

Dyskusja w branży informatycznej wzbudza mnóstwo emocji, bo jej działania mają spory wpływ na nasze życia, zewsząd słyszy się o niebagatelnych inwestycjach na jej polu, a dla potencjalnych pracownic czy pracowników stawką są na ogół dobrze opłacane zawody i współtworzenie ciekawych projektów.  Miejmy jednak świadomość, że kiedy rozmawiamy o polityce równościowej w IT, dotykamy szerszego problemu – miejsca i roli kobiet, mniejszościach etnicznych czy seksualnych w (nadal) męskim, białym, heteroseksualnym zachodniocentrycznym świecie. Chciałabym, żeby przeobraził się w otwarty i szanujący wszystkie osoby – ich prawa i potrzeby. Czy równościowe praktyki są zbędne? Cóż, systemowe działania prowadzone przez wieki na rzecz białego Europejczyka okazały się sukcesem. Czas na to, by zrobił trochę miejsca innym przy przecież wspólnym stole.

 

ncwit_women_in_it_4-15_webcropped.png

Grafika: National Center for Women & Information Technology

 

 

*Przykłady nie zostały zmyślone.

[1] Np. https://www.wired.com/story/the-pernicious-science-of-james-damores-google-memo/, https://www.recode.net/2017/8/11/16127992/google-engineer-memo-research-science-women-biology-tech-james-damore

[2] Zob. np. http://www.npr.org/sections/money/2014/10/17/356944145/episode-576-when-women-stopped-codinghttps://www.theguardian.com/commentisfree/2017/aug/09/google-memo-man-women-tech-original-computer-programmers; http://www.npr.org/sections/money/2014/10/21/357629765/when-women-stopped-coding

[3] https://www.ncwit.org/sites/default/files/resources/btn_03232017_web.pdf

[4] https://techcrunch.com/2017/04/19/in-2017-only-17-of-startups-have-a-female-founder/

[5] http://fortune.com/2014/10/02/women-leave-tech-culture/

[6] Zob. np. http://firstround.com/review/atlassian-boosted-its-female-technical-hires-by-80-percent-heres-how/

 

Raz się obudziłem z drzemki na tylnym siedzeniu i wszystko było zielone. Takie zielone-zielone. Wszędzie woda. Wyglądało to tak, jakbyśmy jechali nad wodą, taką, która ma tę cienką warstwę trawy na wierzchu, że kiedy zeskrobiesz jej trochę, to masz pod spodem wodę. I jeszcze to straszne gówno, oplątwa brodaczkowa czy coś, takie zwisające z drzew – widziałeś to kiedyś? Jakbyś był w horrorze. Zielonym. I z radia poleciała muzyka mojego taty. Trzeba było widzieć moich rodziców, stary. Jakby odzyskiwali swój rytm. „Jesteśmy. Jesteśmy w Nowym Orleanie”, mówi tata, a ja widzę to miejsce, o którym śniłem. Pełno nabitych, dość starych domów stojących tuż obok siebie, każdy jeden w innym kolorze, z zakrętasami i kwiatkami, no i, stary, uliczki po prostu pełne ludzi. Białych ludzi, czarnych ludzi, mieszkańców, wszystko zmiksowane razem i chodzące. Muzyka normalnie na chodniku i nie że jeden czarnuch z gitarą, ale cały zespół z perkusją i w ogóle, jakby całe miasto było wielką imprezą. Gapię się przez okno, oczy jak spodki – mam osiem lat – i myślę, że to właśnie stąd tatko bierze rytm.

(…)

Moja babcia mieszkała na obrzeżach miasta w miejscu, które nazywają Goose, tam nie było tak nadźgane domami jak w centrum, ale trochę bardziej normalnie: trawniczki, małe podjazdy. Zjeżdżamy pod taki mały ceglany dom, a tu, stary, ludzie zaczynają się z niego wylewać, jak klauni z auta w cyrku. Nie pomyślałbyś, że w jednym domu zmieści się tyle osób. Każdy zna moje imię, a ciotki i wujowie, o których w życiu nie słyszałem, płaczą i wrzeszczą, i podają nas sobie jak worki z kukurydzą. Przechmara dzieci, stary. Te dzieci, kurczę, one mnie otaczają i mówią: „Jesteś w Ninth Ward”. Jakby to był przywilej. Jakby się tego nie dało z niczym porównać.

My, dzieciaki, nie biegaliśmy dalej niż jakieś sześć, siedem przecznic, ale czułem, jakby to był cały świat. Co mnie rąbało po głowie stary, to że w każdym miejscu, dokądśmy poszli, nieważne jak daleko, wszyscy mnie znali. Byłem Ant’ny Wells, chłopak Edwarda i Delons. Ludzie, których nigdy nie widziałem, podchodzą i mówią, że wyglądam kropka w kropkę jak babcia Ceola. Mogłem pójść byle gdzie w Goose i jakaś pani zapraszała mnie na pudding chlebowy, inna na czerwoną fasolę. Miałem szczerze w dupie, czy pani, której nie znałem, się zdawało, że jestem jej dzieckiem. Byłem połączony, wiesz, o czym mówię? Jakbym się znalazł w środku tych wszystkich biblijnych genealogii: „Moja ciocia wyszła za drugiego męża ciotki twojej matki”.

D. Baum, Dziewięć twarzy Nowego Orleanu, przeł. A. Pluszka.