Między znaczeniami (Trzy billboardy za Ebbing, Missouri)

Kto chce jasnych odczytań, raczej się zawiedzie Trzema billboardami za Ebbing, Missouri. To alegoryczny, grający punktowością i niedopowiedzeniami film o radzeniu sobie ze stratą, złością, żalem; z tym, co ciężko zrozumieć i na co trudno znaleźć właściwą odpowiedź. Bo jak można się pogodzić z brutalnym morderstwem dziecka, skazującym na śmierć nowotworem czy utraceniem życiowego marzenia? 

Dawno nie wychodziłam z kina z takim mętlikiem w głowie. Przez niemal dwie godziny wygranych zostało mnóstwo emocji i symbolicznych, ale niedomkniętych, znaczących sytuacji. Nie zobaczyłam po prostu filmu „kryminalnego”, „dramatycznego”, „komediowego” ani „o współczesnej Ameryce”, przemocy seksualnej czy domowej, zabójstwie, rasizmie, homofobii czy chorobie nowotworowej – choć momentami kusi, by zamknąć go w tych ramach. Reżyser grał konwencjami, operator intymnymi i zdystansowymi ujęciami. Aktorzy i aktorki bardzo dobrze wykreowali swoje role. W każdej z osób mieszkających w Ebbing przeplatały się zło i dobro, bierność i aktywność, każda dźwigała swoje obciążenia i przekonania o tym, co słuszne i nie, na okazanie jakich uczuć może sobie pozwolić, na jakie nie. Niemal każda emocja poza złością była wyciszona. A i ta raczej nie wybrzmiewała wprost, manifestując się często w okrutnych, aż nierealnych, zdarzeniach.

Niewielkie, nieco senne miasteczko w niby-Ameryce (bo momentami można mieć wrażenie, że jest tak realne jak Twin Peaks) zdołało zogniskować w sobie patriarchat, rasizm, homofobię, nieuzasadnioną przemoc. Bohaterowie czy bohaterki czasami z nimi walczą, ale też zdarza się, że przechodzą obok nich bez pełnych sprzeciwu reakcji. Tak jakby wszystkie te elementy były wpisane w porządek codzienności albo silniejsze niż postaci, które miałyby z nimi walczyć. Dopiero doprowadzone na skraj wytrzymałości emocjonalnej, przygniesione bólem, złością i bezsilnością, próbują się im przeciwstawiać. Tak jak potrafiły, a więc najczęściej nieumiejętnie, uciekając się do przemocy czy uniku i raniąc innych.

Widzimy jak ze swoimi demonami walczą różne osoby z Ebbing. Na uwagę zasługuje przede wszystkim Mildred Hayes (świetna rola Frances McDormand), którą poznajemy, kiedy postanawia wykorzystać trzy tytułowe billboardy do przypomnienia lokalnej policji o tym, że śledztwo w sprawie brutalnej śmierci jej córki – mimo ponad pół roku od zbrodni – nie doprowadziło do schywatania sprawcy. „Raped while dying”, „And still no arrests”, „How come, chief Willoughby?” pytają od Wielkanocnego wieczoru. I wywołują burzę w lokalnej społeczności, spowodowaną przede wszystkim atakiem na szanowanego, zmagającego się z rakiem, szefa miejscowej policji. Trzeba zaznaczyć, że fabuła filmu skupia się na następstwach „kampanii” Mildred, a nie na samym zabójstwie czy śledztwie. To człowiek wobec zła, przemocy i bezsilności jest tematem Trzech billboardów…, nie zagadka zbrodni.

Mildred pełna złości, ale i siły, konsekwentnie walcząca o to, do czego dąży, wbrew niemal wszystkim dookoła (także jej synowi – sic!) przekracza tradycyjnie pojmowaną kobiecość i męskość. Ubiera się niezmiennie w granatowy, znoszony kombinezon, nieumalowana i niewdziecząca się do nikogo ma tylko jeden cel – schwytać zabójcę córki. Matkę wspierają inne wykluczone osoby: czarnoskórka koleżanka, manager z agencji reklamowej atakowany z powodów homofobicznych czy karzeł. W krytycznych momentach, w których skorupa wojowniczki pęka, kiedy dopuszcza do głosu smutek czy rozpacz, widzimy jak wielowymiarowa jest to bohaterka. Momentami miałam wrażenie, że gdyby faktycznie zaniechała swojej misji, rozpadłaby się na kawałki. I choć ewoluuje, podobnie jak oficer Jackson Dixon czy sam Willoughby, jest jakoś spójna w swojej postawie – i w tym, jak reżyser portretuje swoich bohaterów i bohaterki. W zaskakujący sposób krzyżuje ich z sobą: Willoughby’ego i Abercrombie’ego, Heyes i Dixona, Charlie’ego i Jamesa.

Postaci zmieniają się pod wpływem zwykłych, ale nieoczekiwanych i przełamujących wieloletnie schematy, zdarzeń. Okazuje się, że czasami niewielka iskra jest w stanie zmienić ich postępowanie. Nie tylko kobiety wymykają się patriarchalnym wzorcom i kapitulują wobec tego, co tradycyjnie dozwolone – niektórzy mężczyźni także, na przykład pozwalając sobie na emocje czy pokazanie słabości. Niekiedy, w chwili próby okazuje się, że największą siłę mogą zyskać, bezpośrednio konfrontując się z tym, co ich spotyka; że to w jakiś przedziwny sposób ma szansę przywrócić im godność i zatrzymać spiralę bezsensu czy nienawiści. Czy będzie to popełnienie samobójstwa w obliczu śmiertelnej, skazującej na agonię, choroby (Willoughby). Czy próba ocalenia w sobie marzenia o wykonywaniu upragnionego zajęcia i podążenia śladem autorytetu (Dixon). Brzmi banalnie? Uprzedzałam, że to grająca niedomknięciami alegoria.

W symbolicznych wątkach może się dziś przeglądać niemal cały świat. I zobaczyć, że choć rzadko kiedy wszystko jest czarno-białe, to przemoc czy zło są mieczami obosiecznymi, które często bardziej ranią sprawcę/sprawczynię niż fizyczną ofiarę. Co oczywiście nie znaczy, że należy wobec nich przechodzić obojętnie, a osoba pokrzywdzona nie ma prawa do sprawiedliwości. Przybiera ona jednak w Trzech billboardach… zaskakujące formy i niekiedy wynika z przypadkowego rozwoju wypadków. Pytania o to, czy wymierzanie kary naprawdę może przynieść pokrzywdzonym ulgę, a także czy będą w stanie udźwignąć ten ciężar, pozostaje natomiast bez odpowiedzi.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s