czytanki na zimę o tym, że chcemy całego życia

Niezobowiązująca lista lektur z feminizmem w tekście albo podtekście na tę zimę, cherry-picking rzeczy przyjemnych i raczej łatwych. Zachęcam, polecam, może się spodobać.

Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry? Reni Eddo-Lodge (przeł. A. Sak, wyd. Karakter, Kraków 2018)

Krótka, treściwa i ciekawa książka, którą można potraktować jako wprowadzenia do intersekcjonalizmu. Co oznacza to trudne słowo? Nic więcej jak to, że nie ma walki o prawa kobiet bez uwzględnienie ich położenia społecznego (czytaj: klasy), korzeni (czytaj: rasy) czy tożsamości płciowej (czytaj: genderu). Reni Eddo-Lodge udowadnia, że nawet w postępowej Wielkiej Brytanii jest o co walczyć, a także uczciwie pisze, że żeby zmiana była daleko idąca, trzeba rozwalić “kapitalistyczny patriarchat białych suprematystów” (za bell hooks) i zbudować coś nowego na jego zgliszczach. Utopijne postulaty? Trochę. Ale właśnie takich potrzebujemy w tych ciekawych czasach.

Dobre ciało Eve Ensler (przeł. M. Walendowska, wyd. W.A.B., Warszawa 2007)

Garść przypowieści o tym, że każde kobiece ciało jest dobre, piękne i mądre, o ile mu nie przeszkodzimy takim być. A także o tym, że często, niezależnie od wieku, pochodzenia, statusu społecznego czy tego, jak faktycznie wyglądamy, ingerujemy w nie, dyscyplinujemy i gonimy utopijny (czy raczej dystopijny) ideał piękna. Eve Ensler opisując spotkania z mieszkankami Europy, Ameryk Północnej i Środkowej, Azji czy Afryki udowadnia, że choć bywamy same dla siebie okrutne, to pokochanie własnego brzucha (jakim by nie był) jest możliwe.

Smażone zielone pomidory Fannie Flagg (przeł. A. Biała, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 1997)

Jedna z cieplejszych książek o kobiecej bliskości, jakie powstały. Idealna na jesienne czy zimowe wieczory podróż do Alabamy lat 30-tych XX wieku, gdzie dwie przyjaciółki zakładają kawiarnię, walczą z przemocą domową czy rasizmem i przekraczają oczywiste dla siebie role (alert gender). Sprawnie napisana, błyskotliwa, zabawna, ładnie grająca napięciem i kolejnymi zwrotami akcji. Prawdopodobnie znacie świetną adaptację filmową (reż. Jon Avnet), warto też poznać książkowy pierwowzór.

Mężczyźni objaśniają mi świat Rebecca Solnit (przeł. A. Dzieżgowska, wyd. Karakter, Kraków 2017

Tej książki chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać – odbiła się szerokim echem, kiedy Karakter wydał ją po polsku. Rebecca Solnit nie opisuje rzeczy zaskakujących dla tych, ktore i którzy mają już przemyślane sprawy kobiecego bycia w świecie, ale zgrabnie pokazuje, z czym większość z nas spotyka się na co dzień i od święta oraz daje kilka wskazówek odnośnie tego, jak sobie z tym całym patriarchalnym syfem sprawniej radzić. Osobom, które jeszcze nie spotkały się np. z terminem „mansplaing” czy „gender mainstreaming” da do myślenia i pomoże otworzyć oczy – albo zastanowi i rozjuszy. Wszystko to w formie łatwej i przyjemnej.

Strach przed lataniem Erica Jong (przeł. M. Fabianowska, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 1998)

Kolejny kobiecy klasyk, który po pierwszym wydaniu w 1973 wywołał trochę zamieszania. Niestety, w związku z tym, że zmiany społeczne nie doprowadziły jeszcze do przedefiniowania kobiecości i tego, co nam wolno, a czego nie w relacji z sobą i innymi, a domiar złego blacklash na niemal każdej szerokości geograficznej ma się dobrze, nie traci na aktualności. Książka o mierzeniu się z sobą, tradycyjnymi wyobrażeniami miłości i macierzyństwa, a także próbach wyzwolenia seksualnego, uwalniania się od lęków i otwarcia na przygodę. Czytadło do przerobienia.

Mit urody Naomi Wolf (przeł. M. Rogowska-Stangret, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2014)

Kolejna książka o tym, co, jak i dlaczego robimy z własnym ciałem – tym razem skupiająca się na społecznym wymiarze „dbania” o nie. Wats nie tylko mówi, jak jest, ale i ma na to morze argumentów, statystyk oraz przykładów konkretnych działań przemysłu kosmetycznego i oddzieżowego. Jako że uważam, iż restrykcje w sferze kobiecej cielesności to jeden z głównych sposobów na partiarchalno-kapitalistyczną dominację nad nami, a ta książka ładnie to udowadnia i opisuje, zachęcam do lektury.

Dziewczyna z zespołu Kim Gordon (przeł. A. Wojtasik, wyd. Czarne, Wołowiec 2016)

Wisienka na torcie, bo wiadomo, że życie bez co najmniej odrobiny rock’n’rolla byłoby nudne i w żadnej feministycznej rewolucji bez tańca nie chcemy brać udziału. Kim Gordon, basistka i wokalistka Sonic Youth (który świetnym zespołem jest, odsyłam do dyskografii), opisuje swoje doświadczenie tworzenia i grania w postpunkowej kapeli. Pisze o początkach zespołu, nagrywaniu, koncertowaniu, wreszcie rozpadzie SY i osobiście rozlicza się z tym, z czym w latach 80. i 90. wiązało się bycie muzyczką. Samo się czyta.

o takie rozumienie feminizmu (w: reni eddo-lodge, dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry?)

“Obawiam się, że choć biały feminizm jest strawny dla tych, co u władzy, to kiedy zwycięży, sytuacja się zbytnio nie zmieni. Niesprawiedliwość będzie kwitła nadal, tyle że będzie nią zawiadywać więcej kobiet. W feminizmie nie chodzi o równość, a już na pewno nie wślizgnięcie się ukradkiem do środowiska pracy tworzonego przez mężczyzn i dla nich. Feminizm w swoim najlepszym wydaniu jest ruchem, który działa na rzecz wyzwolenia wszystkich marginalizowanych ekonomicznie, społecznie i kulturalnie przez system ideologiczny obliczony na ich porażkę. To znaczy niepełnosprawnych, czarnych, transseksualistów, kobiet i osób niebinarnych płciowo, osób LGB, ludzi z klasy robotniczej. Idea kampanii na rzecz nierówności musi być skomplikowana, jeśli chcemy rozwikłać pogmatwaną sytuację, w której się znajdujemy. Feminizm zwycięży, kiedy położymy kres ubóstwu i gdy nie będzie się już wymagało od kobiet pracy na dwa etaty (zarówno zarobkowej, jak i opieki i pracy emocjonalnej na rzecz swojej rodziny) jako czegoś oczywistego.

Chaos, w którym żyjemy, nie jest dziełem przypadku. Skoro stworzyli go ludzie, to również oni mogą zaprowadzić porządek, przebudować struktury w taki sposób, aby służyły wszystkim, nie tylko garstce samolubnych wybrańców. Poza oczywistymi postulatami – wykorzenieniem przemocy na tle seksualnym, likwidacją różnic w zarobkach – feminizm powinien być wiadomy klasowości i ograniczeń kultury binarnego podziału płciowego. Musi uznać, że niepełnosprawni nie są “wadliwymi egzemplarzami”, ale raczej to pełnosprawni zawiedli w tym sensie, że świat przez nich tworzony nie służy wszystkim. Feminizm musi się domagać niedrogich, przyzwoitych, bezpiecznych mieszkań i jednakowego wszędzie dochodu podstawowego. Powinien upominać się o zapłatę dla pełnoetatowych matek i darmowe przedszkola dla dzieci matek pracujących. Powinien dostrzegać to, że żyjemy w świecie, który kładzie kobietom do głowy, że maja wzbudzać pożądanie, ale karze pracownice seksualne za wykorzystywania tej sytuacji do zarabiania na życie. Feminizm potrzebuje gruntownego rozpoznania, że seksualność jest płynna, a my powinniśmy marzyć o świecie, w którym ludzi nie spotyka przemoc za przekraczanie sztywnych ról płciowych. Feminizm musi dopominać się o świat, który przyzna się do odpowiedzialności za historię rasizmu i podejmie się stosownego zadośćuczynienia, a także zadania gruntownej dekonstrukcji rasy.

Zdaję sobie sprawę, że te postulaty brzmią utopijnie i nierealistycznie. Sądzę jednak, że feminizm musi być absolutnie utopijny i nierealistyczny, oddalony o lata świetlne od jakiejkolwiek podobizny świata, w którym żyjemy obecnie. Musimy żywić nadzieję i stworzyć jego wizję, zanim zaczniemy do niej przekonywać, zamiast beztrosko się poddawać i akceptować istniejący stan rzeczy, “bo takie są realia”. W końcu utopijne ideały są równie doktrynerskie jak polityczne fundamenty świata, w którym żyjemy w tym momencie. Nade wszystko feminizm to ciągła praca w toku. Wszystkie ciągle się uczymy.

Zawsze uwielbiałam gotowość feminizmu do krwawej rozprawy z mizoginią, do buńczucznego wysunięcia dolnej szczęki i napędzania strachu miernotom wśród mężczyzn. Ale musi on być kompleksowy, musi brać pod uwagę każdy aspekt tego, co bell hooks nazwała “kapitalistycznym patriarchatem białych suprematystów”. Feminizm nie sprawdza się w roli grzecznej analizy ograniczonej do kwestii genderowych, czyściutkiej i niewymagającej, w sam raz dla środowisk korporacyjnych. Zawodzi tam, gdzie działa nieświadomie jako ruch ekskluzywny, nie dość samoświadomy, aby rozpoznać w których miejscach jego uczestniczki korzystają z obecnego systemu. W momencie, w którym feminizm staje się łagodnym białym ruchem, który wedle własnych zapewnień działa w imieniu wszystkich kobiet, ale nie kwestionuje swojej przytłaczającej białości, naprawdę musimy przemyśleć go jeszcze raz od początku.

(…)

To jasne, że równość nie załatwia sprawy. Nie możemy poprzestać na grzecznej prośbie o okruch nieproporcjonalnej władzy. Nie chcę w niej uczestniczyć. Chcę zapytać: kto w ogóle wykreował ten model? Całe życie uosabiałam różnicę i wcale nie pragnę być równą. Chcę zdekonstruować strukturę systemu władzy, który naznaczył mnie jako inną. Nie pragnę się zasymilować w status quo. Chcę się wyzwolić z wszystkich negatywnych skojarzeń, jakimi obrosły moje cechy charakterystyczne Obowiązek zmiany nie spoczywa na mnie. To świat mnie otaczający powinien się zmienić.”

(R. Eddo-Lodge, Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry, Karakter 2018)

Cytat nieco przydługi, ale potraktujcie go jako najlepszą zachętę do lektury. Kupcie sobie na Gwiazdkę albo inne niechoinkowe święto. Na przykład w Karakterze, który ją po polsku wydał. Albo w księgarni, szukacie tej okładki:

large_EDDO-LODGE__Dlaczego_-_ok_adka

O czym rozmawiamy, kiedy (znów) mówimy o kobietach w IT

Na fali kolejnego skandalu genderowego w Dolinie Krzemowej na nowo rozpoczęła się debata o kobietach w IT. Jeśli myślisz, że dotyczy ona tylko i wyłącznie hermetycznego, informatycznego świata, grubo się mylisz. Zdolność programowania to pozorny przedmiot sporu – w istocie chodzi o to, czy mogę sama dążyć do określenia swojego miejsca w świecie, czy też jest ono biologicznie lub etnicznie zdeterminowane.

Long story short:  W Google Ideological Echo Chamber James Damore pyta: czy kobieta jest w stanie poradzić sobie z wymagającą umysłowo pracą analityczną?; czy biologia obdarzyła kobietę możliwościami radzenia sobie w stresującym środowisku pracy?; czy może pracować „z rzeczami”, czy jej przeznaczeniem jest praca „z ludźmi”? I stawia tezę, że stosunkowo niewielka liczba kobiet w IT nie wynika z przyczyn społecznych (takich jak dyskryminacja płciowa czy czynniki kulturowe), ale z powodu naturalnych uwarunkowań płci żeńskiej. Odpuszczę sobie bezpośrednią polemikę z tym tekstem, kompetentniejsze ode mnie osoby zdążyły się do niego odnieść[1].  Ważniejsze jest ujrzenie sprawy w szerszym kontekście. Jej sedno nie leży bowiem w pytaniach o to, czy jako kobieta jestem w stanie pisać skomplikowany kod albo podejmować trudne, odpowiedzialne decyzje dotyczące rozwoju start-upów.

O ile po raz kolejny w ostatnich miesiącach (m.in. po Reflecting On One Very, Very Strange Year At Uber Susan J. Fowler) rozmawiamy o firmie informatycznej jako miejscu skandalu na tle płciowym, to świat komputerowych technologii nie jest aż tak wyjątkowym środowiskiem zawodowym. Ze względu na modny temat „kobiet w IT”, silną maskulinizację i pieniądze, jakie są w branży lokowane, jest jednak najgłośniejszym i interesującym dla uważnego oka. Jak w soczewce skupia problemy społeczno-genderowe Zachodu i ich paradoksy. Z jednej strony zachęca się nas do „robienia kariery” czy obejmowania roli liderki, daje dostęp do baz wiedzy i programów szkoleniowych, wiele korporacji stara się wprowadzać równościową politykę jako jeden z HR-owych standardów. Z drugiej od małego tresuje się do bycia grzecznymi, uległymi dziewczynami, nie zwalcza odpowiednio skutecznie systemowo przemocy, z którą się stykamy niemal całe życie, a mimo różnych zachęt do przebijania szklanego sufitu czy rozwoju zawodowego w STEM-ie, w miejscach pracy często spotykamy się z nierównością płac, nieprzejrzystością drogi awansu i „bro culture”. Jeśli czytasz to jako kobieta o innym kolorze skóry niż biały, spotykasz się na co dzień z dodatkowymi komplikacjami, których zapewne nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Jeśli pochodzisz z rodziny ubogiej lub o niskim statusie społecznym, ciężej było ci, kiedy postanowiłaś, że chcesz zdobyć wykształcenie informatyczne. Jasne, są chlubne wyjątki, ale zwykle życie wikła kobiety (i przedstawicielki czy przedstawicieli mniejszości) w kontrast teorii i praktyki.

Kobiety programowały, zanim to było modne – tj. od samego początku, od 1842 roku, kiedy Ada Lovelace napisała pierwszy algorytm, w drugiej połowie XX wieku to głównie kobiety wysyłały astronautów w kosmos, dzięki programom, które tworzyły. Jednak od lat 80., czasów w których komputery zaczęły gościć w prywatnych domach, zawód zaczęli dominować mężczyźni. Skąd ta zmiana? Kodowanie przestało być postrzegane jako nudne, żmudne i niezbyt intratne zajęcie, a zaczęło jako prestiżowa, dobrze opłacalna, ciekawa praca przede wszystkim dla mężczyzn[2] (który z graczy nie chciałby przyczynić się do rozwoju ulubionej gry?). Mimo licznych zachęt i programów, które powstały w ostatnich latach, nie udaje się przełamać męskiej dominacji na rynku. Obecnie kobiety w Stanach zajmują 26% stanowisk w IT, w tym 16% to białe kobiety, 5% – Azjatki, 3% – Afroamerykanki, 2% – Latynoamerykanki[3]. Tylko 17% start-upów jest zakładanych przez kobiety[4]. Powstają fundacje takie jak Women Who Code, Women in Technology, Learn IT, Girl, uczelnie prowadzą kampanie zachęcające kobiety do studiowania nauk komputerowych. Jednak mimo że prestiżowe uniwersytety takie jak Stanford czy Berkeley wyrównują poziom studentów i studentek, nadal mężczyzn zatrudnia się dwukrotnie częściej niż kobiety – chociaż mają takie same kwalifikacje[5].

Przytaczane dane dotyczą USA, bo tego obszaru najczęściej dotyczą badania. Można założyć, że są dość reprezentatywne dla branży, można przewidywać, że jeśli chodzi o zróżnicowanie środowiska pracy w wielu miejscach na świecie jest gorzej. Stany pozostają jednak ważnym punktem odniesienia dla branży informatycznej – tam leży Dolina Krzemowa, gdzie rozwijane są innowacyjne projekty; tam znajduje się wielu „aniołów biznesów”, o których dofinansowaniu marzą start-upy z różnych kontynentów; wreszcie – w Stanach główne siedziby mają korporacje takie jak Google, Apple czy Facebook, których rozwiązania nadają ton działaniom mniejszych graczy i wpływają na życie milionów użytkowniczek i użytkowników na całym świecie. Firmy zabiegają o najlepsze specjalistki i najlepszych specjalistów, oferują atrakcyjne pakiety pracownicze, łowią talenty z całego globu. Według przewidywań zapotrzebowanie na wykwalifikowane w IT osoby będzie rosło, więc dla wielu młodych osób wydaje się ono rozsądnym wyborem zawodowym. Dlaczego miałoby się skończyć na tym, że jest atrakcyjny przede wszystkim dla mężczyzn?

Powstały dziesiątki analiz powodów, dla których kobiety albo nie myślą o sobie jako przyszłych programistkach, albo odchodzą z firm, w których pracują na tym stanowisku. Mówią o czynnikach społeczno-kulturowych jako kluczowych dla decyzji, nie biologicznych. Według raportu National Center for Women & Information Technology w USA po kilku latach z firm odchodzi aż 41% kobiet. Do głównych powodów należą brak możliwości rozwoju czy obejmowania kreatywnych ról w zespołach, brak wsparcia menedżerskiego i możliwości awansu na liderki. Mimo tego, że – jak pokazują badania – zespoły złożone z osób różnej płci czy pochodzenia osiągają lepsze wyniki, a firmy, w których zarządach zasiadają kobiety, odnoszą większe sukcesy.

Poza organizacyjnymi przyczynami oddalania się od branży informatycznej często są zachowania udowadniające kobietom, że to nie ich świat: dyskrymianacja czy seksizm, które nie muszą od razu przybierać formy odrzucania kobiecej kandydatury na stanowisko dyrektorskie albo molestowania seksualnego. Najczęściej chodzi o małe rzeczy, bo to one składają się na codzienność: niby-śmieszne, złośliwe komentarze; podważanie kwalifikacji; niedopuszczanie do głosu, przerywanie w trakcie wypowiedzi albo ignorowanie jej treści, do czasu, kiedy nie powtórzy jej mężczyzna; odnoszenie się do wyglądu czy stylu ubierania; wmawianie, że jeśli stawiam granice, to znaczy, że nie mam poczucia humoru; wplatanie seksualnych podtekstów w rzeczowe rozmowy, a tym samym podkopywanie autorytetu współrozmówczyni; brak zrozumienia dla tego, że chcę używać żeńskiej formy stanowiska (jak pozwolisz mi do siebie mówić w formie żeńskiej, uwierzę, że naprawdę nie ma to znaczenia); posługiwanie się krzywdzącymi stereotypami i generalizacjami.

Jeśli: zdarzyło ci się mówić, że „pralki są po to, żeby kobiety też mogły programować”, „nie ma ładnych programistek”, „jesteś inteligentna jak na kobietę”, „kobiety są zbyt emocjonalne, żeby mogły odpowiadać za ważne rzeczy”; uważasz, że bawienie się wulgarnymi skojarzeniami angielskiej nazwy oprogramowania i żeńskich narządów płciowych jest w porządku; wymagasz od kobiet więcej niż od mężczyzn, żeby uznać je za wartościowe pracownice; podkreślasz swój status społeczny i majątkowy, mimo tego, że wiesz, że zatrudniasz młodą matkę za małe pieniądze na umowie o dzieło czy zlecenie; nie zapewniasz swoim pracownicom umowy o pracę i wmawiasz im, że rezygnacja z praw pracowniczych jest dla ich dobra; z lekceważeniem podchodzisz do kwestii nierówności płacowych; jako osoba zarządzająca ignorujesz przemoc w miejscu w pracy, a próbując rozwiązać problematyczną sytuację, wprowadzasz odgórne rozwiązanie, nie pytając osoby pokrzywdzonej, jak się z nim czuje*, nie pytaj „dlaczego nie ma kobiet w IT?”, tylko zacznij się zastanawiać „co mogę zmienić, żeby branża była dobrym środowiskiem pracy dla wszystkich zatrudnionych”.

Zapominanie o powyższych kwestiach jest czystą ignorancją. Podważanie równościowej polityki firmy w imię obrony praw uprzywilejowanego białego mężczyzny to coś z czego w Ameryce może być dumny tylko ruch alt-right. Check your privilege, man. Potrzebujemy rozwiązań, które są skuteczne i odporne na paradoks merytorkacji, bo samo przekonanie o podejmowaniu szlachetnych działań nie wystarcza, przeciwnie – w praktyce może prowazić do usprawiedliwiania przed sobą uprzedzeń[6]. Oby coraz więcej organizacji zaczęło dojrzewać do tego, by dostrzec, że świadoma budowa zróżnicowanego, równościowego zespołu, transparentna ścieżka zawodowa i przejrzystość zarobków to kolejny krok pomagający uczynić środowisko pracy lepszym. Żadne akcje typu „kobiety do kodu” nie pomogą, o ile codzienność rynku pracy nie będzie dowodem na to, że IT faktycznie jest branżą dla wszystkich.

Dyskusja w branży informatycznej wzbudza mnóstwo emocji, bo jej działania mają spory wpływ na nasze życia, zewsząd słyszy się o niebagatelnych inwestycjach na jej polu, a dla potencjalnych pracownic czy pracowników stawką są na ogół dobrze opłacane zawody i współtworzenie ciekawych projektów.  Miejmy jednak świadomość, że kiedy rozmawiamy o polityce równościowej w IT, dotykamy szerszego problemu – miejsca i roli kobiet, mniejszościach etnicznych czy seksualnych w (nadal) męskim, białym, heteroseksualnym zachodniocentrycznym świecie. Chciałabym, żeby przeobraził się w otwarty i szanujący wszystkie osoby – ich prawa i potrzeby. Czy równościowe praktyki są zbędne? Cóż, systemowe działania prowadzone przez wieki na rzecz białego Europejczyka okazały się sukcesem. Czas na to, by zrobił trochę miejsca innym przy przecież wspólnym stole.

 

ncwit_women_in_it_4-15_webcropped.png

Grafika: National Center for Women & Information Technology

 

 

*Przykłady nie zostały zmyślone.

[1] Np. https://www.wired.com/story/the-pernicious-science-of-james-damores-google-memo/, https://www.recode.net/2017/8/11/16127992/google-engineer-memo-research-science-women-biology-tech-james-damore

[2] Zob. np. http://www.npr.org/sections/money/2014/10/17/356944145/episode-576-when-women-stopped-codinghttps://www.theguardian.com/commentisfree/2017/aug/09/google-memo-man-women-tech-original-computer-programmers; http://www.npr.org/sections/money/2014/10/21/357629765/when-women-stopped-coding

[3] https://www.ncwit.org/sites/default/files/resources/btn_03232017_web.pdf

[4] https://techcrunch.com/2017/04/19/in-2017-only-17-of-startups-have-a-female-founder/

[5] http://fortune.com/2014/10/02/women-leave-tech-culture/

[6] Zob. np. http://firstround.com/review/atlassian-boosted-its-female-technical-hires-by-80-percent-heres-how/

 

Raz się obudziłem z drzemki na tylnym siedzeniu i wszystko było zielone. Takie zielone-zielone. Wszędzie woda. Wyglądało to tak, jakbyśmy jechali nad wodą, taką, która ma tę cienką warstwę trawy na wierzchu, że kiedy zeskrobiesz jej trochę, to masz pod spodem wodę. I jeszcze to straszne gówno, oplątwa brodaczkowa czy coś, takie zwisające z drzew – widziałeś to kiedyś? Jakbyś był w horrorze. Zielonym. I z radia poleciała muzyka mojego taty. Trzeba było widzieć moich rodziców, stary. Jakby odzyskiwali swój rytm. „Jesteśmy. Jesteśmy w Nowym Orleanie”, mówi tata, a ja widzę to miejsce, o którym śniłem. Pełno nabitych, dość starych domów stojących tuż obok siebie, każdy jeden w innym kolorze, z zakrętasami i kwiatkami, no i, stary, uliczki po prostu pełne ludzi. Białych ludzi, czarnych ludzi, mieszkańców, wszystko zmiksowane razem i chodzące. Muzyka normalnie na chodniku i nie że jeden czarnuch z gitarą, ale cały zespół z perkusją i w ogóle, jakby całe miasto było wielką imprezą. Gapię się przez okno, oczy jak spodki – mam osiem lat – i myślę, że to właśnie stąd tatko bierze rytm.

(…)

Moja babcia mieszkała na obrzeżach miasta w miejscu, które nazywają Goose, tam nie było tak nadźgane domami jak w centrum, ale trochę bardziej normalnie: trawniczki, małe podjazdy. Zjeżdżamy pod taki mały ceglany dom, a tu, stary, ludzie zaczynają się z niego wylewać, jak klauni z auta w cyrku. Nie pomyślałbyś, że w jednym domu zmieści się tyle osób. Każdy zna moje imię, a ciotki i wujowie, o których w życiu nie słyszałem, płaczą i wrzeszczą, i podają nas sobie jak worki z kukurydzą. Przechmara dzieci, stary. Te dzieci, kurczę, one mnie otaczają i mówią: „Jesteś w Ninth Ward”. Jakby to był przywilej. Jakby się tego nie dało z niczym porównać.

My, dzieciaki, nie biegaliśmy dalej niż jakieś sześć, siedem przecznic, ale czułem, jakby to był cały świat. Co mnie rąbało po głowie stary, to że w każdym miejscu, dokądśmy poszli, nieważne jak daleko, wszyscy mnie znali. Byłem Ant’ny Wells, chłopak Edwarda i Delons. Ludzie, których nigdy nie widziałem, podchodzą i mówią, że wyglądam kropka w kropkę jak babcia Ceola. Mogłem pójść byle gdzie w Goose i jakaś pani zapraszała mnie na pudding chlebowy, inna na czerwoną fasolę. Miałem szczerze w dupie, czy pani, której nie znałem, się zdawało, że jestem jej dzieckiem. Byłem połączony, wiesz, o czym mówię? Jakbym się znalazł w środku tych wszystkich biblijnych genealogii: „Moja ciocia wyszła za drugiego męża ciotki twojej matki”.

D. Baum, Dziewięć twarzy Nowego Orleanu, przeł. A. Pluszka.