czytanki na zimę o tym, że chcemy całego życia

Niezobowiązująca lista lektur z feminizmem w tekście albo podtekście na tę zimę, cherry-picking rzeczy przyjemnych i raczej łatwych. Zachęcam, polecam, może się spodobać.

Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry? Reni Eddo-Lodge (przeł. A. Sak, wyd. Karakter, Kraków 2018)

Krótka, treściwa i ciekawa książka, którą można potraktować jako wprowadzenia do intersekcjonalizmu. Co oznacza to trudne słowo? Nic więcej jak to, że nie ma walki o prawa kobiet bez uwzględnienie ich położenia społecznego (czytaj: klasy), korzeni (czytaj: rasy) czy tożsamości płciowej (czytaj: genderu). Reni Eddo-Lodge udowadnia, że nawet w postępowej Wielkiej Brytanii jest o co walczyć, a także uczciwie pisze, że żeby zmiana była daleko idąca, trzeba rozwalić “kapitalistyczny patriarchat białych suprematystów” (za bell hooks) i zbudować coś nowego na jego zgliszczach. Utopijne postulaty? Trochę. Ale właśnie takich potrzebujemy w tych ciekawych czasach.

Dobre ciało Eve Ensler (przeł. M. Walendowska, wyd. W.A.B., Warszawa 2007)

Garść przypowieści o tym, że każde kobiece ciało jest dobre, piękne i mądre, o ile mu nie przeszkodzimy takim być. A także o tym, że często, niezależnie od wieku, pochodzenia, statusu społecznego czy tego, jak faktycznie wyglądamy, ingerujemy w nie, dyscyplinujemy i gonimy utopijny (czy raczej dystopijny) ideał piękna. Eve Ensler opisując spotkania z mieszkankami Europy, Ameryk Północnej i Środkowej, Azji czy Afryki udowadnia, że choć bywamy same dla siebie okrutne, to pokochanie własnego brzucha (jakim by nie był) jest możliwe.

Smażone zielone pomidory Fannie Flagg (przeł. A. Biała, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 1997)

Jedna z cieplejszych książek o kobiecej bliskości, jakie powstały. Idealna na jesienne czy zimowe wieczory podróż do Alabamy lat 30-tych XX wieku, gdzie dwie przyjaciółki zakładają kawiarnię, walczą z przemocą domową czy rasizmem i przekraczają oczywiste dla siebie role (alert gender). Sprawnie napisana, błyskotliwa, zabawna, ładnie grająca napięciem i kolejnymi zwrotami akcji. Prawdopodobnie znacie świetną adaptację filmową (reż. Jon Avnet), warto też poznać książkowy pierwowzór.

Mężczyźni objaśniają mi świat Rebecca Solnit (przeł. A. Dzieżgowska, wyd. Karakter, Kraków 2017

Tej książki chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać – odbiła się szerokim echem, kiedy Karakter wydał ją po polsku. Rebecca Solnit nie opisuje rzeczy zaskakujących dla tych, ktore i którzy mają już przemyślane sprawy kobiecego bycia w świecie, ale zgrabnie pokazuje, z czym większość z nas spotyka się na co dzień i od święta oraz daje kilka wskazówek odnośnie tego, jak sobie z tym całym patriarchalnym syfem sprawniej radzić. Osobom, które jeszcze nie spotkały się np. z terminem „mansplaing” czy „gender mainstreaming” da do myślenia i pomoże otworzyć oczy – albo zastanowi i rozjuszy. Wszystko to w formie łatwej i przyjemnej.

Strach przed lataniem Erica Jong (przeł. M. Fabianowska, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 1998)

Kolejny kobiecy klasyk, który po pierwszym wydaniu w 1973 wywołał trochę zamieszania. Niestety, w związku z tym, że zmiany społeczne nie doprowadziły jeszcze do przedefiniowania kobiecości i tego, co nam wolno, a czego nie w relacji z sobą i innymi, a domiar złego blacklash na niemal każdej szerokości geograficznej ma się dobrze, nie traci na aktualności. Książka o mierzeniu się z sobą, tradycyjnymi wyobrażeniami miłości i macierzyństwa, a także próbach wyzwolenia seksualnego, uwalniania się od lęków i otwarcia na przygodę. Czytadło do przerobienia.

Mit urody Naomi Wolf (przeł. M. Rogowska-Stangret, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2014)

Kolejna książka o tym, co, jak i dlaczego robimy z własnym ciałem – tym razem skupiająca się na społecznym wymiarze „dbania” o nie. Wats nie tylko mówi, jak jest, ale i ma na to morze argumentów, statystyk oraz przykładów konkretnych działań przemysłu kosmetycznego i oddzieżowego. Jako że uważam, iż restrykcje w sferze kobiecej cielesności to jeden z głównych sposobów na partiarchalno-kapitalistyczną dominację nad nami, a ta książka ładnie to udowadnia i opisuje, zachęcam do lektury.

Dziewczyna z zespołu Kim Gordon (przeł. A. Wojtasik, wyd. Czarne, Wołowiec 2016)

Wisienka na torcie, bo wiadomo, że życie bez co najmniej odrobiny rock’n’rolla byłoby nudne i w żadnej feministycznej rewolucji bez tańca nie chcemy brać udziału. Kim Gordon, basistka i wokalistka Sonic Youth (który świetnym zespołem jest, odsyłam do dyskografii), opisuje swoje doświadczenie tworzenia i grania w postpunkowej kapeli. Pisze o początkach zespołu, nagrywaniu, koncertowaniu, wreszcie rozpadzie SY i osobiście rozlicza się z tym, z czym w latach 80. i 90. wiązało się bycie muzyczką. Samo się czyta.

o takie rozumienie feminizmu (w: reni eddo-lodge, dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry?)

“Obawiam się, że choć biały feminizm jest strawny dla tych, co u władzy, to kiedy zwycięży, sytuacja się zbytnio nie zmieni. Niesprawiedliwość będzie kwitła nadal, tyle że będzie nią zawiadywać więcej kobiet. W feminizmie nie chodzi o równość, a już na pewno nie wślizgnięcie się ukradkiem do środowiska pracy tworzonego przez mężczyzn i dla nich. Feminizm w swoim najlepszym wydaniu jest ruchem, który działa na rzecz wyzwolenia wszystkich marginalizowanych ekonomicznie, społecznie i kulturalnie przez system ideologiczny obliczony na ich porażkę. To znaczy niepełnosprawnych, czarnych, transseksualistów, kobiet i osób niebinarnych płciowo, osób LGB, ludzi z klasy robotniczej. Idea kampanii na rzecz nierówności musi być skomplikowana, jeśli chcemy rozwikłać pogmatwaną sytuację, w której się znajdujemy. Feminizm zwycięży, kiedy położymy kres ubóstwu i gdy nie będzie się już wymagało od kobiet pracy na dwa etaty (zarówno zarobkowej, jak i opieki i pracy emocjonalnej na rzecz swojej rodziny) jako czegoś oczywistego.

Chaos, w którym żyjemy, nie jest dziełem przypadku. Skoro stworzyli go ludzie, to również oni mogą zaprowadzić porządek, przebudować struktury w taki sposób, aby służyły wszystkim, nie tylko garstce samolubnych wybrańców. Poza oczywistymi postulatami – wykorzenieniem przemocy na tle seksualnym, likwidacją różnic w zarobkach – feminizm powinien być wiadomy klasowości i ograniczeń kultury binarnego podziału płciowego. Musi uznać, że niepełnosprawni nie są “wadliwymi egzemplarzami”, ale raczej to pełnosprawni zawiedli w tym sensie, że świat przez nich tworzony nie służy wszystkim. Feminizm musi się domagać niedrogich, przyzwoitych, bezpiecznych mieszkań i jednakowego wszędzie dochodu podstawowego. Powinien upominać się o zapłatę dla pełnoetatowych matek i darmowe przedszkola dla dzieci matek pracujących. Powinien dostrzegać to, że żyjemy w świecie, który kładzie kobietom do głowy, że maja wzbudzać pożądanie, ale karze pracownice seksualne za wykorzystywania tej sytuacji do zarabiania na życie. Feminizm potrzebuje gruntownego rozpoznania, że seksualność jest płynna, a my powinniśmy marzyć o świecie, w którym ludzi nie spotyka przemoc za przekraczanie sztywnych ról płciowych. Feminizm musi dopominać się o świat, który przyzna się do odpowiedzialności za historię rasizmu i podejmie się stosownego zadośćuczynienia, a także zadania gruntownej dekonstrukcji rasy.

Zdaję sobie sprawę, że te postulaty brzmią utopijnie i nierealistycznie. Sądzę jednak, że feminizm musi być absolutnie utopijny i nierealistyczny, oddalony o lata świetlne od jakiejkolwiek podobizny świata, w którym żyjemy obecnie. Musimy żywić nadzieję i stworzyć jego wizję, zanim zaczniemy do niej przekonywać, zamiast beztrosko się poddawać i akceptować istniejący stan rzeczy, “bo takie są realia”. W końcu utopijne ideały są równie doktrynerskie jak polityczne fundamenty świata, w którym żyjemy w tym momencie. Nade wszystko feminizm to ciągła praca w toku. Wszystkie ciągle się uczymy.

Zawsze uwielbiałam gotowość feminizmu do krwawej rozprawy z mizoginią, do buńczucznego wysunięcia dolnej szczęki i napędzania strachu miernotom wśród mężczyzn. Ale musi on być kompleksowy, musi brać pod uwagę każdy aspekt tego, co bell hooks nazwała “kapitalistycznym patriarchatem białych suprematystów”. Feminizm nie sprawdza się w roli grzecznej analizy ograniczonej do kwestii genderowych, czyściutkiej i niewymagającej, w sam raz dla środowisk korporacyjnych. Zawodzi tam, gdzie działa nieświadomie jako ruch ekskluzywny, nie dość samoświadomy, aby rozpoznać w których miejscach jego uczestniczki korzystają z obecnego systemu. W momencie, w którym feminizm staje się łagodnym białym ruchem, który wedle własnych zapewnień działa w imieniu wszystkich kobiet, ale nie kwestionuje swojej przytłaczającej białości, naprawdę musimy przemyśleć go jeszcze raz od początku.

(…)

To jasne, że równość nie załatwia sprawy. Nie możemy poprzestać na grzecznej prośbie o okruch nieproporcjonalnej władzy. Nie chcę w niej uczestniczyć. Chcę zapytać: kto w ogóle wykreował ten model? Całe życie uosabiałam różnicę i wcale nie pragnę być równą. Chcę zdekonstruować strukturę systemu władzy, który naznaczył mnie jako inną. Nie pragnę się zasymilować w status quo. Chcę się wyzwolić z wszystkich negatywnych skojarzeń, jakimi obrosły moje cechy charakterystyczne Obowiązek zmiany nie spoczywa na mnie. To świat mnie otaczający powinien się zmienić.”

(R. Eddo-Lodge, Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry, Karakter 2018)

Cytat nieco przydługi, ale potraktujcie go jako najlepszą zachętę do lektury. Kupcie sobie na Gwiazdkę albo inne niechoinkowe święto. Na przykład w Karakterze, który ją po polsku wydał. Albo w księgarni, szukacie tej okładki:

large_EDDO-LODGE__Dlaczego_-_ok_adka

Street art jako praktyka zaznaczania kobiecej obecności w przestrzeni miejskiej

 

„Tonight, the streets are ours”[1]

“It’s not just a boys club. We have a sisterhood thing going.”[2]

“Own the walls that surround you!”[3]

 

Kiedy pierwsze pociągi jeździły z tagami i graffiti po Nowym Jorku w latach 70. XX wieku mało kto przewidywał, jak znaczącą sztuką stanie się street art. Dziś jest nieodłączną częścią miejskiej tkanki, egalitarną praktyką pozwalającą na zostawienie śladu w ogólnodostępnej przestrzeni. Coraz częściej zabierają w niej głos kobiety, tworząc obrazy o feministycznym wydźwięku (choć nie tylko). Ich działania można odczytywać jako formę walki o równiejszy świat.

2006-minneapoliswall2

Sztuka w przestrzeni zurbanizowanej

Ponad połowa ludności na świecie mieszka w miastach. Pochodzimy z różnych miejsc, mamy odmienne tożsamości etniczne, różnimy się płcią, wykształceniem, klasą społeczną, statusem majątkowym. I stykamy się na co dzień z przestrzenią miejską. Najczęściej przybierającą formę szarych bloów lub budynków biurowych albo fabrycznych, dworców, przystanków, stacji metra, ulic, a także tego, co ją wypełnia – pojazdów, ludzi, zwierząt, roślinności.

Street art, wkradając się w nie, z jednej strony ingeruje w odgórnie ustalone plany zagospodarowania przestrzeni i nadania jej określonego znaczenia – nadpisuje je; a z drugiej – często jest nielegalną formą działania, ma anarchistyczny charakter i symbolicznie zwraca przestrzeń zwykłym, pozbawionym politycznej władzy, ludziom. Przez swoją silną widoczność stanowi świetny nośnik dla treści nie tylko estetycznych, ale i znaczących społecznie czy politycznie. Na poziomie metaartystycznym zaś można stwierdzić, że „streets to the people” to przestrzenny, miejski odpowiednik „power to the people”. I choć sztuka uliczna uległa częściowej komercjalizacji, to ogromne jej obszary pozostają podmiemnymi, nieoficjalnymi inicjatywami.

Jej kruchość i przemijalność w mogą być odczytywane jako metafora życiowej niepewności, jaka większości z nas często towarzyszy i pokazywać, że w dobie obecnej zwłaszcza w najbardziej znaczących biznesowo czy turystycznie miastach gentryfikacji i rosnących kosztów mieszkań nasza obecność w tkance miejskiej też jest nietrwała. Jednocześnie sama aktywność street-artowa pomaga przywrócić przestrzeń osobom ją zamieszkującym. Pozwala na wyrażenie siebie w twórczym działaniu, zaznaczeniu swojej obecności w często surowym, a nawet brutalnym, urbanistycznym środowisku. A z perspektywy przechodzącej czy przechodzącego – odmienia krajobraz, skłania do refleksji albo chociaż spojrzenia na znane, zwykle monotonne obiekty, w nowy sposób.

„Street art is a visual culture of the city, an artistic expression that appears, disappears, and reappears. It has become a vehicle for the people who live in these urban environments to reclaim a small segment of space through the creation of illegal art in public places.”[4] Od street artu nie da się uciec, można co najwyżej odwrócić wzrok. Dlatego też tak istotne jest, by nie tworzyli go jedynie mężczyźni – przestrzeń miast jest też przestrzenią kobiet czy osób LGBTQIA i powinny tak samo móc brać udział w jej oswajaniu poprzez działania na polu sztuki ulicznej.

Płaszczyzny działania

„Miejskość funkcjonuje (…) jako ważne miejsce działań i rewolty. Rzeczywiste cechy miejsca są ważne, a fizyczne i społeczne ich przeprojektowanie oraz terytorialna organizacja są bronią w walce politycznej.”[5] Ten, kto bierze w owej walce udział, ma szansę kształtować nowy porządek i nowe oblicze środowiska, w którym żyje. Odzyskać przestrzeń, która jest zabierana przez deweloperów, władze czy wielki kapitał. Jeśli dążą do tego kobiety lub przedstawicielki/przedstawiciele mniejszości etnicznych czy seksualnych, mogą zabrać głos nie tylko w kwestiach związanych z polityką przestrzenną, ale też zająć swoje stanowisko w stosunku do patriarchatu[6]. Sama ich aktywność jest emancypacyjną wypowiedzią.

“When I first started, women were still trying to prove themselves, through the 70’s, that women could do everything guys could do. The feminist movement was growing very strong and as a teenager I think it affected me without me realizing that I was a young feminist. The more guys said “you can’t do that”, the more I had to prove them wrong. I had to hold it up for all my sisters who looked up to me to be brave and courageous and to prove that I could do what guys could do. We defend our artworks with our fists and our crazy courage. When you have guys that disrespect you you’re gonna have to teach them a lesson, otherwise they are going to keep walking all over you. I’m sorry, but that’s the way it is out there, it’s not easy. But it also reflects what the art world in general is: 80% white males. So you have to fight tooth and nail, bitch and scream, be loud and be large to get respect.”[7]

– wspomina Lady Pink, jedna z pierwszych kobiet tworzących sztukę uliczną. Do dziś jest aktywna i szanowana w środowisku. Jej prace na przestrzeni dekad koncentrowały się na przedstawieniach nawiązujących do feminizmu, reprezentujących przeróżne kobiety, także należące do mniejszości etnicznych – przywracających ich obecność w tkance miejskiej, nawet jeśli ta chciała o nich zapomnieć przy pomocy polityki mieszkaniowej, zdrowotnej, socjalnej.

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy samej działalności na ulicy. Nawet bez oglądania Wyjścia przez sklep z pamiątkami możemy sobie wyobrazić, jak ona wygląda. Ze względu na to, że graffiti jest nielegalne w większości miejsc świata, często tworzone jest w nocy, naraża twórczynię czy twórcę nie tylko na aresztowanie, ale też zwykłą, banalną przemoc, która w przypadku kobiet może być znacznie dotkliwsza, niż w przypadku mężczyzn. Niektóre jednak i ten aspekt działalności traktują jak wiadomość dla innych “to the girls in my situation to have no fear and to express themselves in public.”[8], mówi Malina Suliman z Afganistanu. Wyrazić siebie i bawić się uwalnianiem twórczej energii. Pozwolić sobie nie tylko na załatwianie sprawunków czy robienie czegoś z obowiązku, ale i radość z artystycznego eksperymentu.

Idąc dalej tym tropem, można powiedzieć, że twórczość streetartowa przełamuje genderowe stereotypy nie tylko na polu wykonywania „męskiego zajęcia”. Równie ważne okazuje się to, że kobiety nie ograniczają swojej aktywności do przestrzeni prywatnych, domowych. Niezwykle cenne jest to, że wychodzą ze swoim przekazem w miejsca najbardziej  publiczne. Być może przełamują strach czy lęk w drodze z domu pod mur, ale ostatecznie wypowiadają się w ulicznej debacie, zabierają głos, dają się usłyszeć. „It all links back to people being safe and respected in public spaces.”[9] Dzięki czemu kształtują dyskurs ulicy i narrację miasta. Nie oddają pola walki innym. I bardzo dobrze, nie powinny. Bo tylko one – tak jak są córkami, matkami, przyjaciółkami; mają różne kolory skóry, są z różnych klas, mają różne korzenie czy doświadczenia – wiedzą, co je dotyka, z jakimi problemami się stykają na co dzień, o czym wszystkie przechodzące osoby powinny usłyszeć, nad czym się zastanowić, w imię czego działać. Często znoszą dualizm prywatne/publiczne i wnoszą nową jakość w miejsca, w których działają[10]. Pokazują indywidualne, niekiedy wręcz intymne sprawy jako istotne, warte uwagi, przypominają, że to one – ze swoją kruchością i jednostkowością – konstytuują naszą codzienność. Zmieniają więc perspektywę postrzegania kondycji miejskiej mieszkanki czy mieszkańca. „Nasze ulice” nie są „nasze” tylko dlatego, że przy nich mieszkamy – ale też dlatego, że dodefiniowują naszą tożsamość, dookreślają nasze mieszkania i enklawy prywatności. Przestrzeń domu i ta za oknem wpływa na nasze samopoczucie, bezpieczeństwo, „robi nam życie”.

Płaszczyzny przedstawiania

Kobiety w swoich street-artowych dziełach poruszają przeróżne tematy. Jedne zorientowane są płciowo czy wręcz feministycznie, inne – wynikające z wrażliwości i intencji autorki, ale nie tematyzujące jej doświadczenia bycia w świecie jako kobiety. Jak zaznaczałam wyżej, samo ich działanie jest rodzajem politycznej aktywności. O czym jednak mówią, jakie prace tworzą?

Część z nich bardzo otwarcie porusza sprawy związane z kobiecością i emocjami. „I’m oversensitive, I have to use it somehow”[11] –  tłumaczy Miss Van, która wielokrotnie przetwarzała w swoich wieokolorowych pracach wizerunki kobiet, interpretując ich kondycję i sytuację. Podobnie czyni Lady Pink, która na przestrzeni dziesięcioleci wyrazistymi, barwnymi graffiti i muralami wypowiadała się w sprawach emancypacyjnych, także w wywiadach deklarując feministyczne poglądy czy uderzając w rządzących. Miss Me zabiera mocny głos nie tylko odnośnie kobiecości (choć gra nią sugestywnie), ale i wszystkiego, co się z nią wiąże, społecznych ram, które na kobiety – także te o różnym pochodzeniu czy statusue materialnym – są narzucane. Krytykuje konsumpcjonizm, pułapki kapitalizmu i hipokryzję władzy.

Jaqueline de Montaigne w swoich pracach malarskich z kolei silnie nawiązuje do walki o prawa człowieka i problemów społecznych. Bahia Shehab użyła tworzonej na potrzeby galeryjnej wystawy sztuki do wyrażenia oporu wobec dyktatury w Kairze i wsparcia rewolucji z roku 2011[12].  Tatyana Fazlalizadeh jest zaś autorką projektu Stop telling women to smile, w którym swoimi wydrukami z wizerunkami swoimi i innych kobiet walczy z ulicznym molestowaniem[13]. Intra Laure wychodzi w swojej działalności poza formę malarską i w różnych miejscach świata przykleja na budynki kolorowe, ale kruche płaskorzeźby przedstawiające piersi[14], w przewrotny sposób zaznaczający kobiecą obecność w przestrzenimiejskiej i jednocześnie wskazujący na jej delikatność, niepewność, podatność na przemoc.

Camilla Watson wykonywała bardzo ciekawy projekt w Mourarii/Alfamie w Lizbonie[15]: sfotografowała mieszkanki i mieszkańców, którzy żyli tam od lat, a obecnie są często przymusem ekonomicznym związanym z gentryfikacją zmuszani do opuszczania swoich domów, i umieściła wielkoformatowe zdjęcia na ścianach budynków, w których są lub byli. Każda osoba ma swoje imię, każda opowiada swoją pozą swoją historię. I choć projekt ten – podobnie jak akcje JR-a[16] – może nasuwać pytania o granice między „użyciem” a „działaniem w czyimś imieniu”, wydaje mi się, że jest świetnym zabiegiem na wykorzystanie street artu, aby przywrócić lokalną przestrzeń tym, którym do których ona należy. Jak o działaniach artystycznych na ulicach mówiła Gilt!: „It’s more about connecting with people who are going through struggles and being able to amplify their voices”[17]. Za Krzysztofem Nawratkiem można powtórzyć, że „Walka w obszarze kultury, wszelka aktywność społeczna czy może stać się skuteczna jedynie jako część walki politycznej”[18].

 

Prywatne, artystyczne, polityczne

Egalitarne praktyki wyrażania siebie w przestrzeni miejskiej przez lata były udziałem głównie mężczyzn. Obecnie jednak coraz więcej kobiet decyduje się na zaznaczenie swojej obecności poprzez sztukę dostępną na ulicach miast. Dzięki temu ich głos – zabierany w sprawach emancypacyjnych, w walce o prawa człowieka czy kwestie socjalne, ale też będący zwykłym, radosnym aktem tworzenia – ma prawo dotrzeć do tysięcy osób, pokazać przestrzeń w nowym, barwnym kontekście, sprowokować rozmowę. „Ten mural – on mi daje wolność… Ludzie go widzą, komentują, nieraz coś domalowują. O to chodzi.”[19]

 

Cytowane źródła

[1] R. Hawley, Tonight the streets are ours

[2] https://creators.vice.com/en_us/article/qkw9k3/lady-pink-graffiti-queen-new-exhibition [dostęp: 19.02.2018].

[3] H. Chalfant, Foreword, w: C. Lewisohn, Street Art. The Graffiti Revolution.

[4] J. Armstrong, The Contested Gallery: Street Art, Ethnography and the Search for Urban Understandings [http://ejournals.library.vanderbilt.edu/ojs/index.php/ameriquests/article/view/46, dostęp 18.02.2018].

[5] D. Harvey, Bunt miast, s. 64.

[6] O potrzebie – czy wręcz konieczności – kobiecego wielogłosu i uwzględniania różnych perspektyw pisała jako pierwsza najbardziej zdecydowanie bell hooks. Zob. jej np. Teoria feministyczna. Od marginesu do centrum.

[7] https://streetartnyc.wordpress.com/street-artists/lady-pink/ [dostęp 19.02.2018].

[8] https://www.nytimes.com/2014/05/28/opinion/baird-the-writing-is-on-the-wall.html [dostęp 19.02.2018].

[9] https://www.stuffmomnevertoldyou.com/podcasts/street-art-sisterhood.htm [dostęp 18.02.2018].

[10] O podziale prywatne/publiczne zob. np. C. Staehli, Gender, place, citizenship.

[11] Miss Van https://vimeo.com/59232550 [dostęp 18.02.2018].

[12] Zob. np. https://www.ted.com/talks/bahia_shehab_a_thousand_times_no?language=pt#t-89265 [dostęp 20.02.2018].

[13] http://stoptellingwomentosmile.com [dostęp 20.02.2018].

[14] http://streetartparis.fr/intra-larue-installs-her-painted-breast-art-streets-paris/ [dostęp 20.02.2018].

[15] http://camillawatsonphotography.net [dostęp 20.02.2018].

[16] http://www.jr-art.net/videos/women-are-heroes-by-jr [dostęp 20.02.2018].

[17] Gilt!, Brooklyn, wypowiedź w trailerze do Street Heiones, dokumentu o kobietach tworzących graffiti i street art, jest na etapie produkcji, ma się ukazać w tym roku. Zob. http://www.streetheroinesfilm.com/ [dostęp 20.02.2018].

[18] K. Nawratek, Miejskie rewolucje, s. 21

[19] I. Zając [http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,3872613.html, dostęp 17.02.2018].

we’re on the road to nowhere. or are we?

jak będzie zobaczymy, ale to chyba pierwsza w miarę optymistyczna diagnoza na przyszłość, jaka do mnie dotarła. pytanie, na ile miałaby szansę się rozciągnąć poza szeroko pojęty zachód. oraz czy to naiwne życzenia, czy kierunek faktycznych zmian, bo brzmi to dość cukierkowo. tak czy siak,  do obejrzenia, zastanowienia nad treścią i ewentualnej polemiki.

oraz 3rd industrial revolution na vice.com

notowane na marginesie dokumentu:

  • planeta umiera, zmiany klimatyczne to fakt, nie przewidywania
  • gospodarka oparta na prawach i mechanizmach ustanowionych przez rewolucję przemysłową wysysa ją bezlitośnie, ale nadchodzi kolejna rewolucja
  • rynek paliw kopalnych jako kolejna gigantyczna bańka rynkowa
  • mieszkalnictwo, konsumpcja mięsa i transport jako główne źródła zanieczyszczeń środowiska
  • internet rzeczy jako podstawa nowych stosunków społeczno-gospodarczych
  • ekonomia oparta na własności -> ekonomia dzielenia
  • kapitał rynkowy -> wymiana społeczna
  • wolność w niezależności -> wolność we wspólnocie
  • władza oparta na hierarchii -> siła płynąca ze struktury bez wielowarstwowej gradacji
  • zaczynające się odchodzenie od geopolityki na rzecz świadomości biosfery
  • zmiany na rynku pracy – rozwój instytucji non-profit
  • empatia i kooperatywy ftw
  • woda krytycznym zasobem
  • powstanie elektryczności pomogło wyjść kobietom z domów
  • regulować google’a
  • infrastruktura, edukacja itd. fundowane przez państwo u źródeł wszystkich wynalazków sektora prywatnego (“hello, “world”)
  • nadzieja w milleniaskach i millenialsach

neoliberalne idee niszczą demokratyczny sen

During Great Depression, which I’m old enough to remember, there was – and most of my family was unemployed working class… It was bad, much worse subjectively than today. But there was an expectation that things were going to get better. There was a sense of real hopefulness. There isn’t today.

– tym optymistycznymi zdaniami Noam Chomsky rozpoczyna Requiem for the American Dream (2016). W dalszych częściach wywiadu tłumaczy, że brak nadziei wynika z pogłębiających się nierówności i świadomości biedniejszej części społeczeństwa, że nie ma szans na lepsze jutro, bo przysłowiowy 1% najbogatszych swoimi wpływami zabezpiecza jedynie własne interesy. Chomsky przedstawia 10 zasad nierówności i pokazuje, jak ich urzeczywistnianie w neoliberalnych praktykach od lat 70. stopniowo, ale konsekwentnie i skutecznie zabija tytułowy amerykański sen, czyli przekonanie o możliwości awansu społecznego (czytaj: klasowego) dzięki edukacji i pracy.

Oto przepis na sukces:
1. Ogranicz demokrację.
2. Stwórz ideologię.
3. Przekształć ekonomię.
4. Przenieś główny ciężar ekonomiczno-społeczny na klasę średnią i biednych.
5. Uderz w solidarność ludzi.
6. Pozwól, aby partykularne interesy bogatych rządziły reugulacjami.
7. Manipuluj wynikami wyborów.
8. Używaj sił rządowych do trzymania tłumu w ryzach.
9. Sfabrykuj przyzwolenie na swoje działania.
10. Zmarginalizuj siłę ludności.

Brzmi złowieszczo i wcale nie jak z bajki, prawda? Wiemy, że nie jest dobrze – nie tylko w Stanach, ale i w Europie. Wiemy, że nierówności osiągają nieprzyzwoicie dużą skalę – i że z roku na rok się ona powiększa. (Z dzisiejszych wiadomości można się było dowiedzieć, że 82% światowego majątku należy do 1%.) O tym, że “millenialsi” mają gorzej niż ich rodzice informują nas co jakiś czas media.

Co ciekawego na podobny temat może nam jeszcze przekazać Chomsky? Otóż spogląda na procesy, które pogłębiają nierówności w Ameryce, z lotu ptaka i obrazowo o nich opowiada. Wykazuje, że sama Konstytucja Stanów ustanowiła porządek, w którym bogatsi są na wygranej pozycji. Między wierszami wtrąca zapomnianą przez ignorantów i ignorantki prawdę, że walka klas nie jest tylko pojęciem podręcznikowym, ale jak najbardziej realnym zjawiskiem. Podkreśla, że momenty społecznego przebudzenia i nacisku na rządzących, takie jak jednoczenie się ruchu robotniczego i strajki w latach 30. albo walczącego o prawa człowieka w latach 60. XX wieku, były kluczowe dla wejścia na kolejne stopnie demokratyzacji Stanów (jak podkreśla, nadal najbardziej wolnościowego państwa) i przypomnieniu władzy, że musi oddać kawałek trzymanego dla siebie tortu.

Z przemyślanej, skrupulatnie prowadzonej narracji można wnioskować, że obecna koncentracja kapitału i władzy sprawia, że powtórzenie podobnych wydarzeń będzie trudne, a Trump w Białym Domu to nic innego jak konsekwencja 250 lat historii USA. Pobudkę z koszmaru, który już śni Ameryka, a którego niebezpieczeństwo krąży też nad Europą (i nie tylko) może zagwarantować tylko radykalnie solidarna walka o równość. Which side are you on?
Continue reading “neoliberalne idee niszczą demokratyczny sen”

O czym rozmawiamy, kiedy (znów) mówimy o kobietach w IT

Na fali kolejnego skandalu genderowego w Dolinie Krzemowej na nowo rozpoczęła się debata o kobietach w IT. Jeśli myślisz, że dotyczy ona tylko i wyłącznie hermetycznego, informatycznego świata, grubo się mylisz. Zdolność programowania to pozorny przedmiot sporu – w istocie chodzi o to, czy mogę sama dążyć do określenia swojego miejsca w świecie, czy też jest ono biologicznie lub etnicznie zdeterminowane.

Long story short:  W Google Ideological Echo Chamber James Damore pyta: czy kobieta jest w stanie poradzić sobie z wymagającą umysłowo pracą analityczną?; czy biologia obdarzyła kobietę możliwościami radzenia sobie w stresującym środowisku pracy?; czy może pracować „z rzeczami”, czy jej przeznaczeniem jest praca „z ludźmi”? I stawia tezę, że stosunkowo niewielka liczba kobiet w IT nie wynika z przyczyn społecznych (takich jak dyskryminacja płciowa czy czynniki kulturowe), ale z powodu naturalnych uwarunkowań płci żeńskiej. Odpuszczę sobie bezpośrednią polemikę z tym tekstem, kompetentniejsze ode mnie osoby zdążyły się do niego odnieść[1].  Ważniejsze jest ujrzenie sprawy w szerszym kontekście. Jej sedno nie leży bowiem w pytaniach o to, czy jako kobieta jestem w stanie pisać skomplikowany kod albo podejmować trudne, odpowiedzialne decyzje dotyczące rozwoju start-upów.

O ile po raz kolejny w ostatnich miesiącach (m.in. po Reflecting On One Very, Very Strange Year At Uber Susan J. Fowler) rozmawiamy o firmie informatycznej jako miejscu skandalu na tle płciowym, to świat komputerowych technologii nie jest aż tak wyjątkowym środowiskiem zawodowym. Ze względu na modny temat „kobiet w IT”, silną maskulinizację i pieniądze, jakie są w branży lokowane, jest jednak najgłośniejszym i interesującym dla uważnego oka. Jak w soczewce skupia problemy społeczno-genderowe Zachodu i ich paradoksy. Z jednej strony zachęca się nas do „robienia kariery” czy obejmowania roli liderki, daje dostęp do baz wiedzy i programów szkoleniowych, wiele korporacji stara się wprowadzać równościową politykę jako jeden z HR-owych standardów. Z drugiej od małego tresuje się do bycia grzecznymi, uległymi dziewczynami, nie zwalcza odpowiednio skutecznie systemowo przemocy, z którą się stykamy niemal całe życie, a mimo różnych zachęt do przebijania szklanego sufitu czy rozwoju zawodowego w STEM-ie, w miejscach pracy często spotykamy się z nierównością płac, nieprzejrzystością drogi awansu i „bro culture”. Jeśli czytasz to jako kobieta o innym kolorze skóry niż biały, spotykasz się na co dzień z dodatkowymi komplikacjami, których zapewne nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Jeśli pochodzisz z rodziny ubogiej lub o niskim statusie społecznym, ciężej było ci, kiedy postanowiłaś, że chcesz zdobyć wykształcenie informatyczne. Jasne, są chlubne wyjątki, ale zwykle życie wikła kobiety (i przedstawicielki czy przedstawicieli mniejszości) w kontrast teorii i praktyki.

Kobiety programowały, zanim to było modne – tj. od samego początku, od 1842 roku, kiedy Ada Lovelace napisała pierwszy algorytm, w drugiej połowie XX wieku to głównie kobiety wysyłały astronautów w kosmos, dzięki programom, które tworzyły. Jednak od lat 80., czasów w których komputery zaczęły gościć w prywatnych domach, zawód zaczęli dominować mężczyźni. Skąd ta zmiana? Kodowanie przestało być postrzegane jako nudne, żmudne i niezbyt intratne zajęcie, a zaczęło jako prestiżowa, dobrze opłacalna, ciekawa praca przede wszystkim dla mężczyzn[2] (który z graczy nie chciałby przyczynić się do rozwoju ulubionej gry?). Mimo licznych zachęt i programów, które powstały w ostatnich latach, nie udaje się przełamać męskiej dominacji na rynku. Obecnie kobiety w Stanach zajmują 26% stanowisk w IT, w tym 16% to białe kobiety, 5% – Azjatki, 3% – Afroamerykanki, 2% – Latynoamerykanki[3]. Tylko 17% start-upów jest zakładanych przez kobiety[4]. Powstają fundacje takie jak Women Who Code, Women in Technology, Learn IT, Girl, uczelnie prowadzą kampanie zachęcające kobiety do studiowania nauk komputerowych. Jednak mimo że prestiżowe uniwersytety takie jak Stanford czy Berkeley wyrównują poziom studentów i studentek, nadal mężczyzn zatrudnia się dwukrotnie częściej niż kobiety – chociaż mają takie same kwalifikacje[5].

Przytaczane dane dotyczą USA, bo tego obszaru najczęściej dotyczą badania. Można założyć, że są dość reprezentatywne dla branży, można przewidywać, że jeśli chodzi o zróżnicowanie środowiska pracy w wielu miejscach na świecie jest gorzej. Stany pozostają jednak ważnym punktem odniesienia dla branży informatycznej – tam leży Dolina Krzemowa, gdzie rozwijane są innowacyjne projekty; tam znajduje się wielu „aniołów biznesów”, o których dofinansowaniu marzą start-upy z różnych kontynentów; wreszcie – w Stanach główne siedziby mają korporacje takie jak Google, Apple czy Facebook, których rozwiązania nadają ton działaniom mniejszych graczy i wpływają na życie milionów użytkowniczek i użytkowników na całym świecie. Firmy zabiegają o najlepsze specjalistki i najlepszych specjalistów, oferują atrakcyjne pakiety pracownicze, łowią talenty z całego globu. Według przewidywań zapotrzebowanie na wykwalifikowane w IT osoby będzie rosło, więc dla wielu młodych osób wydaje się ono rozsądnym wyborem zawodowym. Dlaczego miałoby się skończyć na tym, że jest atrakcyjny przede wszystkim dla mężczyzn?

Powstały dziesiątki analiz powodów, dla których kobiety albo nie myślą o sobie jako przyszłych programistkach, albo odchodzą z firm, w których pracują na tym stanowisku. Mówią o czynnikach społeczno-kulturowych jako kluczowych dla decyzji, nie biologicznych. Według raportu National Center for Women & Information Technology w USA po kilku latach z firm odchodzi aż 41% kobiet. Do głównych powodów należą brak możliwości rozwoju czy obejmowania kreatywnych ról w zespołach, brak wsparcia menedżerskiego i możliwości awansu na liderki. Mimo tego, że – jak pokazują badania – zespoły złożone z osób różnej płci czy pochodzenia osiągają lepsze wyniki, a firmy, w których zarządach zasiadają kobiety, odnoszą większe sukcesy.

Poza organizacyjnymi przyczynami oddalania się od branży informatycznej często są zachowania udowadniające kobietom, że to nie ich świat: dyskrymianacja czy seksizm, które nie muszą od razu przybierać formy odrzucania kobiecej kandydatury na stanowisko dyrektorskie albo molestowania seksualnego. Najczęściej chodzi o małe rzeczy, bo to one składają się na codzienność: niby-śmieszne, złośliwe komentarze; podważanie kwalifikacji; niedopuszczanie do głosu, przerywanie w trakcie wypowiedzi albo ignorowanie jej treści, do czasu, kiedy nie powtórzy jej mężczyzna; odnoszenie się do wyglądu czy stylu ubierania; wmawianie, że jeśli stawiam granice, to znaczy, że nie mam poczucia humoru; wplatanie seksualnych podtekstów w rzeczowe rozmowy, a tym samym podkopywanie autorytetu współrozmówczyni; brak zrozumienia dla tego, że chcę używać żeńskiej formy stanowiska (jak pozwolisz mi do siebie mówić w formie żeńskiej, uwierzę, że naprawdę nie ma to znaczenia); posługiwanie się krzywdzącymi stereotypami i generalizacjami.

Jeśli: zdarzyło ci się mówić, że „pralki są po to, żeby kobiety też mogły programować”, „nie ma ładnych programistek”, „jesteś inteligentna jak na kobietę”, „kobiety są zbyt emocjonalne, żeby mogły odpowiadać za ważne rzeczy”; uważasz, że bawienie się wulgarnymi skojarzeniami angielskiej nazwy oprogramowania i żeńskich narządów płciowych jest w porządku; wymagasz od kobiet więcej niż od mężczyzn, żeby uznać je za wartościowe pracownice; podkreślasz swój status społeczny i majątkowy, mimo tego, że wiesz, że zatrudniasz młodą matkę za małe pieniądze na umowie o dzieło czy zlecenie; nie zapewniasz swoim pracownicom umowy o pracę i wmawiasz im, że rezygnacja z praw pracowniczych jest dla ich dobra; z lekceważeniem podchodzisz do kwestii nierówności płacowych; jako osoba zarządzająca ignorujesz przemoc w miejscu w pracy, a próbując rozwiązać problematyczną sytuację, wprowadzasz odgórne rozwiązanie, nie pytając osoby pokrzywdzonej, jak się z nim czuje*, nie pytaj „dlaczego nie ma kobiet w IT?”, tylko zacznij się zastanawiać „co mogę zmienić, żeby branża była dobrym środowiskiem pracy dla wszystkich zatrudnionych”.

Zapominanie o powyższych kwestiach jest czystą ignorancją. Podważanie równościowej polityki firmy w imię obrony praw uprzywilejowanego białego mężczyzny to coś z czego w Ameryce może być dumny tylko ruch alt-right. Check your privilege, man. Potrzebujemy rozwiązań, które są skuteczne i odporne na paradoks merytorkacji, bo samo przekonanie o podejmowaniu szlachetnych działań nie wystarcza, przeciwnie – w praktyce może prowazić do usprawiedliwiania przed sobą uprzedzeń[6]. Oby coraz więcej organizacji zaczęło dojrzewać do tego, by dostrzec, że świadoma budowa zróżnicowanego, równościowego zespołu, transparentna ścieżka zawodowa i przejrzystość zarobków to kolejny krok pomagający uczynić środowisko pracy lepszym. Żadne akcje typu „kobiety do kodu” nie pomogą, o ile codzienność rynku pracy nie będzie dowodem na to, że IT faktycznie jest branżą dla wszystkich.

Dyskusja w branży informatycznej wzbudza mnóstwo emocji, bo jej działania mają spory wpływ na nasze życia, zewsząd słyszy się o niebagatelnych inwestycjach na jej polu, a dla potencjalnych pracownic czy pracowników stawką są na ogół dobrze opłacane zawody i współtworzenie ciekawych projektów.  Miejmy jednak świadomość, że kiedy rozmawiamy o polityce równościowej w IT, dotykamy szerszego problemu – miejsca i roli kobiet, mniejszościach etnicznych czy seksualnych w (nadal) męskim, białym, heteroseksualnym zachodniocentrycznym świecie. Chciałabym, żeby przeobraził się w otwarty i szanujący wszystkie osoby – ich prawa i potrzeby. Czy równościowe praktyki są zbędne? Cóż, systemowe działania prowadzone przez wieki na rzecz białego Europejczyka okazały się sukcesem. Czas na to, by zrobił trochę miejsca innym przy przecież wspólnym stole.

 

ncwit_women_in_it_4-15_webcropped.png

Grafika: National Center for Women & Information Technology

 

 

*Przykłady nie zostały zmyślone.

[1] Np. https://www.wired.com/story/the-pernicious-science-of-james-damores-google-memo/, https://www.recode.net/2017/8/11/16127992/google-engineer-memo-research-science-women-biology-tech-james-damore

[2] Zob. np. http://www.npr.org/sections/money/2014/10/17/356944145/episode-576-when-women-stopped-codinghttps://www.theguardian.com/commentisfree/2017/aug/09/google-memo-man-women-tech-original-computer-programmers; http://www.npr.org/sections/money/2014/10/21/357629765/when-women-stopped-coding

[3] https://www.ncwit.org/sites/default/files/resources/btn_03232017_web.pdf

[4] https://techcrunch.com/2017/04/19/in-2017-only-17-of-startups-have-a-female-founder/

[5] http://fortune.com/2014/10/02/women-leave-tech-culture/

[6] Zob. np. http://firstround.com/review/atlassian-boosted-its-female-technical-hires-by-80-percent-heres-how/

dziewczyństwo, kobiecość i feminizm

Ostatnio „dziewczyńskość” odmienia się przez niemal wszystkie przypadki. Chętnie sięga po nią część feministek, szukając w niej polskiego „girlhoodu”, w nawiązaniu do „boyhoodu”, czyli męskiej sztamy. Wdarła się do mainstreamu między innymi dzięki serialowi „Girls” i pozaekranowej działalności jego twórczyni, Leny Dunham. Kojarzyć się może również z muzycznym ruchem Riot Grrrl i wszelkimi jego późniejszymi pochodnymi. Dziewczyńskie dziewczyny i kobiety odzyskują własny głos, zauważają swoje potrzeby i szukają miejsca dla siebie w obecnym agresywnie kapitalistycznym, silnie patriarchalnym, niezapewniającym systemowo bytowego bezpieczeństwa świecie.

Sama początkowo polubiłam pojęcie dziewczyńskości, przyjęłam jako coś swojego i nadal mam do niego dużo sympatii. Sytuuje się gdzieś poza metryką, w duchowym bezczasie (czy raczej aczasie), mieści w sobie zadziorność i buntowniczość oraz zdrową manifestację tego, że „teraz ja i moje potrzeby!”. Jednocześnie zawiera w sobie rodzaj dystansu, dzięki któremu za każdym razem, kiedy używamy tego określenia, z urokiem mrugamy okiem do odbiorczyni czy odbiorcy przekazu. Niestety, nabieram przekonania, że ta rezerwa ów przekaz społecznie wyalienowuje i elitaryzuje, ugładza i infantylizuje, a w efekcie – czyni nieskutecznym, czy raczej: samozwrotnym.

Można się oczywiście sprzeczać o to, czy zdystansowana forma i feministyczna treść nie są przypadkiem rozłączne, a więc nieważne, jakimi kredkami, ważne, co malujemy (nie są, jest ważne). Czy nie da się w ironii przemycić poważnych opinii czy postulatów (da się, ale pod określonymi warunkami i ze świadomością, że trafią one do odpowiednio przygotowanych umysłów). Czy granie niedorosłością nie jest strategią bycia w świecie idealnie skrojoną na miarę naszych czasów, jedyną możliwą odpowiedzią na system, który z definicji nie robi nam dobrze i ogranicza pole działania do mieszczącego się w określonych ramach – skoro nie będę w pełni stanowić o sobie, zadowolę się grą w samostanowienie (możliwe, że jest, ale nierzadko jest wykorzystywane przez osoby klasowo uprzywilejowane i mogące sobie na taką zabawę zwyczajnie pozwolić, a w konsekwencji skutkuje tym, że ów system wzmacnia).

Dziewczyńskość (podobnie jak dyskutowany ostatnio selfie-feminizm) na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie atrakcyjnej strategii, ale po bliższym oglądzie okazuje się bardzo często wpadać w polityczno-estetyczne pułapki. Mimo że wpisane są w nią rewolucyjna energia i nieskrępowane konwenansami możliwości działania, to nie są one wystarczająco radykalne, aby z owych możliwości skorzystać. Co więcej, nierzadko wiąże się z infantylizacją, tym samym wpisuje się w obecne we współczesnej, silnie spatriarchizowanej kulturze traktowanie kobiet jako „dziewczyn”, niedorosłych istot, które mogą sobie pokrzyczeć, robić happeningi, wydawać ziny lub działać w inny sposób, ale których na poważnie brać nie trzeba. Podejmowane działania bardzo często ograniczają do zaspokajania potrzeb swoich lub najbliższej grupy. Nie jest to złe jako takie, nie sprzyja jednak ani dążeniu do faktycznej zmiany społecznej, ani do wyjścia z zaklętego kręgu feminizmu pierwszego świata. Zabawa – nawet jeśli okraszona walką o dobro małej wspólnoty – pozostaje korzystaniem ze swego rodzaju wentylu bezpieczeństwa, grą z systemem, w którym wiadomo, że on wygra. To budowanie zamków i babek w piaskownicy, która za chwilę będzie strukturalnie zasypana patriarchalno-kapitalistycznym, przemocowym brudnym piachem.

Celebrowanie dziewczyńskości może być cenne jako krok na drodze do faktycznego przebudzenia kobiecej walki. Również opartej o siostrzeństwo, ale dojrzalszej w postulatach i doborze środków, kwestionującej status quo wyraźnie i bez przymrużenia oka czy kompromisowego postulowania zmian. Wyzbytej strachu przed powiedzeniem: „Jesteśmy wkurwione, mamy dość, chcemy połowy władzy i świata akceptującego i szanującego potrzeby wszystkich – kobiet, mężczyzn, osób trans”. I mówiącej to jak najbardziej poważnie. Myślącej o społecznej strukturze szeroko i wielopoziomowo, dostrzegającej konieczność wyzbycia się przymusu „fajności” i akceptowalności wykrzykiwanych haseł. Mającej świadomość tego, że feminizm to nie tylko moja możliwość ekspresji siebie i moja wolność w wyborze tego, jak ułożę swoje życie (ciągle dostępna tylko określonej uprzywilejowanej grupie kobiet), ale też solidarność z tymi osobami, które ową możliwość i wolność mają jedynie teoretycznie, których ruchy są niezwykle mocno ograniczone przez strukturalne ramy. Że póki każda osoba w każdym miejscu na świecie nie będzie mogła być bezpieczna, wolna w swoich wyborach i od jakiejkolwiek formy przemocy, walka nie będzie skończona. Każdy mainstreamowy ruch określający się jako feministyczny i sugerujący, że osiągnęłyśmy zwycięstwo, bo mamy prawo protestować, na Wall Street staje pomnik odważnej (nomen omen) dziewczynki albo w firmach pojawiają się parytety na poziomie zarządów, to szkodliwa kpina z problemów, jakim stawiamy czoła.

Czy ktokolwiek może być w pełni wolny w późnym kapitalizmie, w którym wszystko jest na sprzedaż i niemal wszystko jest uzależnione od pieniędzy, a w konsekwencji – miejsca w społeczeństwie, które wyznaczają nam posiadany kapitał i przestrzeni, jaką zajmujemy w skomplikowanym układzie władzy i klasowych zależności? Śmiem wątpić. Jednocześnie jestem pewna, że tylko wspólnymi siłami i wspólną walką jesteśmy w stanie dążyć do realnej zmiany. To prawda, że kropla drąży skałę. Ale jeśli będzie na tyle miła i przyjemna, że skała jej nie odczuje, nigdy nie dojdzie do zmiany powierzchni, której dotyka.

„If feminism is universal, if it is something that all women and men can “get on board” with, then it is not for me.
If feminism is nothing more than personal gain disguised as political progress, then it is not for me.
If by declaring myself a feminist I must reassure you that I am not angry, that I pose no threat, then feminism is definitely not for me.
I am angry. And I do pose a threat.”*

 

 

*Jessa Crispin, Why I Am Not a Feminist: A Feminist Manifesto, 2017