O czym rozmawiamy, kiedy (znów) mówimy o kobietach w IT

Na fali kolejnego skandalu genderowego w Dolinie Krzemowej na nowo rozpoczęła się debata o kobietach w IT. Jeśli myślisz, że dotyczy ona tylko i wyłącznie hermetycznego, informatycznego świata, grubo się mylisz. Zdolność programowania to pozorny przedmiot sporu – w istocie chodzi o to, czy mogę sama dążyć do określenia swojego miejsca w świecie, czy też jest ono biologicznie lub etnicznie zdeterminowane.

Long story short:  W Google Ideological Echo Chamber James Damore pyta: czy kobieta jest w stanie poradzić sobie z wymagającą umysłowo pracą analityczną?; czy biologia obdarzyła kobietę możliwościami radzenia sobie w stresującym środowisku pracy?; czy może pracować „z rzeczami”, czy jej przeznaczeniem jest praca „z ludźmi”? I stawia tezę, że stosunkowo niewielka liczba kobiet w IT nie wynika z przyczyn społecznych (takich jak dyskryminacja płciowa czy czynniki kulturowe), ale z powodu naturalnych uwarunkowań płci żeńskiej. Odpuszczę sobie bezpośrednią polemikę z tym tekstem, kompetentniejsze ode mnie osoby zdążyły się do niego odnieść[1].  Ważniejsze jest ujrzenie sprawy w szerszym kontekście. Jej sedno nie leży bowiem w pytaniach o to, czy jako kobieta jestem w stanie pisać skomplikowany kod albo podejmować trudne, odpowiedzialne decyzje dotyczące rozwoju start-upów.

O ile po raz kolejny w ostatnich miesiącach (m.in. po Reflecting On One Very, Very Strange Year At Uber Susan J. Fowler) rozmawiamy o firmie informatycznej jako miejscu skandalu na tle płciowym, to świat komputerowych technologii nie jest aż tak wyjątkowym środowiskiem zawodowym. Ze względu na modny temat „kobiet w IT”, silną maskulinizację i pieniądze, jakie są w branży lokowane, jest jednak najgłośniejszym i interesującym dla uważnego oka. Jak w soczewce skupia problemy społeczno-genderowe Zachodu i ich paradoksy. Z jednej strony zachęca się nas do „robienia kariery” czy obejmowania roli liderki, daje dostęp do baz wiedzy i programów szkoleniowych, wiele korporacji stara się wprowadzać równościową politykę jako jeden z HR-owych standardów. Z drugiej od małego tresuje się do bycia grzecznymi, uległymi dziewczynami, nie zwalcza odpowiednio skutecznie systemowo przemocy, z którą się stykamy niemal całe życie, a mimo różnych zachęt do przebijania szklanego sufitu czy rozwoju zawodowego w STEM-ie, w miejscach pracy często spotykamy się z nierównością płac, nieprzejrzystością drogi awansu i „bro culture”. Jeśli czytasz to jako kobieta o innym kolorze skóry niż biały, spotykasz się na co dzień z dodatkowymi komplikacjami, których zapewne nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Jeśli pochodzisz z rodziny ubogiej lub o niskim statusie społecznym, ciężej było ci, kiedy postanowiłaś, że chcesz zdobyć wykształcenie informatyczne. Jasne, są chlubne wyjątki, ale zwykle życie wikła kobiety (i przedstawicielki czy przedstawicieli mniejszości) w kontrast teorii i praktyki.

Kobiety programowały, zanim to było modne – tj. od samego początku, od 1842 roku, kiedy Ada Lovelace napisała pierwszy algorytm, w drugiej połowie XX wieku to głównie kobiety wysyłały astronautów w kosmos, dzięki programom, które tworzyły. Jednak od lat 80., czasów w których komputery zaczęły gościć w prywatnych domach, zawód zaczęli dominować mężczyźni. Skąd ta zmiana? Kodowanie przestało być postrzegane jako nudne, żmudne i niezbyt intratne zajęcie, a zaczęło jako prestiżowa, dobrze opłacalna, ciekawa praca przede wszystkim dla mężczyzn[2] (który z graczy nie chciałby przyczynić się do rozwoju ulubionej gry?). Mimo licznych zachęt i programów, które powstały w ostatnich latach, nie udaje się przełamać męskiej dominacji na rynku. Obecnie kobiety w Stanach zajmują 26% stanowisk w IT, w tym 16% to białe kobiety, 5% – Azjatki, 3% – Afroamerykanki, 2% – Latynoamerykanki[3]. Tylko 17% start-upów jest zakładanych przez kobiety[4]. Powstają fundacje takie jak Women Who Code, Women in Technology, Learn IT, Girl, uczelnie prowadzą kampanie zachęcające kobiety do studiowania nauk komputerowych. Jednak mimo że prestiżowe uniwersytety takie jak Stanford czy Berkeley wyrównują poziom studentów i studentek, nadal mężczyzn zatrudnia się dwukrotnie częściej niż kobiety – chociaż mają takie same kwalifikacje[5].

Przytaczane dane dotyczą USA, bo tego obszaru najczęściej dotyczą badania. Można założyć, że są dość reprezentatywne dla branży, można przewidywać, że jeśli chodzi o zróżnicowanie środowiska pracy w wielu miejscach na świecie jest gorzej. Stany pozostają jednak ważnym punktem odniesienia dla branży informatycznej – tam leży Dolina Krzemowa, gdzie rozwijane są innowacyjne projekty; tam znajduje się wielu „aniołów biznesów”, o których dofinansowaniu marzą start-upy z różnych kontynentów; wreszcie – w Stanach główne siedziby mają korporacje takie jak Google, Apple czy Facebook, których rozwiązania nadają ton działaniom mniejszych graczy i wpływają na życie milionów użytkowniczek i użytkowników na całym świecie. Firmy zabiegają o najlepsze specjalistki i najlepszych specjalistów, oferują atrakcyjne pakiety pracownicze, łowią talenty z całego globu. Według przewidywań zapotrzebowanie na wykwalifikowane w IT osoby będzie rosło, więc dla wielu młodych osób wydaje się ono rozsądnym wyborem zawodowym. Dlaczego miałoby się skończyć na tym, że jest atrakcyjny przede wszystkim dla mężczyzn?

Powstały dziesiątki analiz powodów, dla których kobiety albo nie myślą o sobie jako przyszłych programistkach, albo odchodzą z firm, w których pracują na tym stanowisku. Mówią o czynnikach społeczno-kulturowych jako kluczowych dla decyzji, nie biologicznych. Według raportu National Center for Women & Information Technology w USA po kilku latach z firm odchodzi aż 41% kobiet. Do głównych powodów należą brak możliwości rozwoju czy obejmowania kreatywnych ról w zespołach, brak wsparcia menedżerskiego i możliwości awansu na liderki. Mimo tego, że – jak pokazują badania – zespoły złożone z osób różnej płci czy pochodzenia osiągają lepsze wyniki, a firmy, w których zarządach zasiadają kobiety, odnoszą większe sukcesy.

Poza organizacyjnymi przyczynami oddalania się od branży informatycznej często są zachowania udowadniające kobietom, że to nie ich świat: dyskrymianacja czy seksizm, które nie muszą od razu przybierać formy odrzucania kobiecej kandydatury na stanowisko dyrektorskie albo molestowania seksualnego. Najczęściej chodzi o małe rzeczy, bo to one składają się na codzienność: niby-śmieszne, złośliwe komentarze; podważanie kwalifikacji; niedopuszczanie do głosu, przerywanie w trakcie wypowiedzi albo ignorowanie jej treści, do czasu, kiedy nie powtórzy jej mężczyzna; odnoszenie się do wyglądu czy stylu ubierania; wmawianie, że jeśli stawiam granice, to znaczy, że nie mam poczucia humoru; wplatanie seksualnych podtekstów w rzeczowe rozmowy, a tym samym podkopywanie autorytetu współrozmówczyni; brak zrozumienia dla tego, że chcę używać żeńskiej formy stanowiska (jak pozwolisz mi do siebie mówić w formie żeńskiej, uwierzę, że naprawdę nie ma to znaczenia); posługiwanie się krzywdzącymi stereotypami i generalizacjami.

Jeśli: zdarzyło ci się mówić, że „pralki są po to, żeby kobiety też mogły programować”, „nie ma ładnych programistek”, „jesteś inteligentna jak na kobietę”, „kobiety są zbyt emocjonalne, żeby mogły odpowiadać za ważne rzeczy”; uważasz, że bawienie się wulgarnymi skojarzeniami angielskiej nazwy oprogramowania i żeńskich narządów płciowych jest w porządku; wymagasz od kobiet więcej niż od mężczyzn, żeby uznać je za wartościowe pracownice; podkreślasz swój status społeczny i majątkowy, mimo tego, że wiesz, że zatrudniasz młodą matkę za małe pieniądze na umowie o dzieło czy zlecenie; nie zapewniasz swoim pracownicom umowy o pracę i wmawiasz im, że rezygnacja z praw pracowniczych jest dla ich dobra; z lekceważeniem podchodzisz do kwestii nierówności płacowych; jako osoba zarządzająca ignorujesz przemoc w miejscu w pracy, a próbując rozwiązać problematyczną sytuację, wprowadzasz odgórne rozwiązanie, nie pytając osoby pokrzywdzonej, jak się z nim czuje*, nie pytaj „dlaczego nie ma kobiet w IT?”, tylko zacznij się zastanawiać „co mogę zmienić, żeby branża była dobrym środowiskiem pracy dla wszystkich zatrudnionych”.

Zapominanie o powyższych kwestiach jest czystą ignorancją. Podważanie równościowej polityki firmy w imię obrony praw uprzywilejowanego białego mężczyzny to coś z czego w Ameryce może być dumny tylko ruch alt-right. Check your privilege, man. Potrzebujemy rozwiązań, które są skuteczne i odporne na paradoks merytorkacji, bo samo przekonanie o podejmowaniu szlachetnych działań nie wystarcza, przeciwnie – w praktyce może prowazić do usprawiedliwiania przed sobą uprzedzeń[6]. Oby coraz więcej organizacji zaczęło dojrzewać do tego, by dostrzec, że świadoma budowa zróżnicowanego, równościowego zespołu, transparentna ścieżka zawodowa i przejrzystość zarobków to kolejny krok pomagający uczynić środowisko pracy lepszym. Żadne akcje typu „kobiety do kodu” nie pomogą, o ile codzienność rynku pracy nie będzie dowodem na to, że IT faktycznie jest branżą dla wszystkich.

Dyskusja w branży informatycznej wzbudza mnóstwo emocji, bo jej działania mają spory wpływ na nasze życia, zewsząd słyszy się o niebagatelnych inwestycjach na jej polu, a dla potencjalnych pracownic czy pracowników stawką są na ogół dobrze opłacane zawody i współtworzenie ciekawych projektów.  Miejmy jednak świadomość, że kiedy rozmawiamy o polityce równościowej w IT, dotykamy szerszego problemu – miejsca i roli kobiet, mniejszościach etnicznych czy seksualnych w (nadal) męskim, białym, heteroseksualnym zachodniocentrycznym świecie. Chciałabym, żeby przeobraził się w otwarty i szanujący wszystkie osoby – ich prawa i potrzeby. Czy równościowe praktyki są zbędne? Cóż, systemowe działania prowadzone przez wieki na rzecz białego Europejczyka okazały się sukcesem. Czas na to, by zrobił trochę miejsca innym przy przecież wspólnym stole.

 

ncwit_women_in_it_4-15_webcropped.png

Grafika: National Center for Women & Information Technology

 

 

*Przykłady nie zostały zmyślone.

[1] Np. https://www.wired.com/story/the-pernicious-science-of-james-damores-google-memo/, https://www.recode.net/2017/8/11/16127992/google-engineer-memo-research-science-women-biology-tech-james-damore

[2] Zob. np. http://www.npr.org/sections/money/2014/10/17/356944145/episode-576-when-women-stopped-codinghttps://www.theguardian.com/commentisfree/2017/aug/09/google-memo-man-women-tech-original-computer-programmers; http://www.npr.org/sections/money/2014/10/21/357629765/when-women-stopped-coding

[3] https://www.ncwit.org/sites/default/files/resources/btn_03232017_web.pdf

[4] https://techcrunch.com/2017/04/19/in-2017-only-17-of-startups-have-a-female-founder/

[5] http://fortune.com/2014/10/02/women-leave-tech-culture/

[6] Zob. np. http://firstround.com/review/atlassian-boosted-its-female-technical-hires-by-80-percent-heres-how/

dziewczyństwo, kobiecość i feminizm

Ostatnio „dziewczyńskość” odmienia się przez niemal wszystkie przypadki. Chętnie sięga po nią część feministek, szukając w niej polskiego „girlhoodu”, w nawiązaniu do „boyhoodu”, czyli męskiej sztamy. Wdarła się do mainstreamu między innymi dzięki serialowi „Girls” i pozaekranowej działalności jego twórczyni, Leny Dunham. Kojarzyć się może również z muzycznym ruchem Riot Grrrl i wszelkimi jego późniejszymi pochodnymi. Dziewczyńskie dziewczyny i kobiety odzyskują własny głos, zauważają swoje potrzeby i szukają miejsca dla siebie w obecnym agresywnie kapitalistycznym, silnie patriarchalnym, niezapewniającym systemowo bytowego bezpieczeństwa świecie.

Sama początkowo polubiłam pojęcie dziewczyńskości, przyjęłam jako coś swojego i nadal mam do niego dużo sympatii. Sytuuje się gdzieś poza metryką, w duchowym bezczasie (czy raczej aczasie), mieści w sobie zadziorność i buntowniczość oraz zdrową manifestację tego, że „teraz ja i moje potrzeby!”. Jednocześnie zawiera w sobie rodzaj dystansu, dzięki któremu za każdym razem, kiedy używamy tego określenia, z urokiem mrugamy okiem do odbiorczyni czy odbiorcy przekazu. Niestety, nabieram przekonania, że ta rezerwa ów przekaz społecznie wyalienowuje i elitaryzuje, ugładza i infantylizuje, a w efekcie – czyni nieskutecznym, czy raczej: samozwrotnym.

Można się oczywiście sprzeczać o to, czy zdystansowana forma i feministyczna treść nie są przypadkiem rozłączne, a więc nieważne, jakimi kredkami, ważne, co malujemy (nie są, jest ważne). Czy nie da się w ironii przemycić poważnych opinii czy postulatów (da się, ale pod określonymi warunkami i ze świadomością, że trafią one do odpowiednio przygotowanych umysłów). Czy granie niedorosłością nie jest strategią bycia w świecie idealnie skrojoną na miarę naszych czasów, jedyną możliwą odpowiedzią na system, który z definicji nie robi nam dobrze i ogranicza pole działania do mieszczącego się w określonych ramach – skoro nie będę w pełni stanowić o sobie, zadowolę się grą w samostanowienie (możliwe, że jest, ale nierzadko jest wykorzystywane przez osoby klasowo uprzywilejowane i mogące sobie na taką zabawę zwyczajnie pozwolić, a w konsekwencji skutkuje tym, że ów system wzmacnia).

Dziewczyńskość (podobnie jak dyskutowany ostatnio selfie-feminizm) na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie atrakcyjnej strategii, ale po bliższym oglądzie okazuje się bardzo często wpadać w polityczno-estetyczne pułapki. Mimo że wpisane są w nią rewolucyjna energia i nieskrępowane konwenansami możliwości działania, to nie są one wystarczająco radykalne, aby z owych możliwości skorzystać. Co więcej, nierzadko wiąże się z infantylizacją, tym samym wpisuje się w obecne we współczesnej, silnie spatriarchizowanej kulturze traktowanie kobiet jako „dziewczyn”, niedorosłych istot, które mogą sobie pokrzyczeć, robić happeningi, wydawać ziny lub działać w inny sposób, ale których na poważnie brać nie trzeba. Podejmowane działania bardzo często ograniczają do zaspokajania potrzeb swoich lub najbliższej grupy. Nie jest to złe jako takie, nie sprzyja jednak ani dążeniu do faktycznej zmiany społecznej, ani do wyjścia z zaklętego kręgu feminizmu pierwszego świata. Zabawa – nawet jeśli okraszona walką o dobro małej wspólnoty – pozostaje korzystaniem ze swego rodzaju wentylu bezpieczeństwa, grą z systemem, w którym wiadomo, że on wygra. To budowanie zamków i babek w piaskownicy, która za chwilę będzie strukturalnie zasypana patriarchalno-kapitalistycznym, przemocowym brudnym piachem.

Celebrowanie dziewczyńskości może być cenne jako krok na drodze do faktycznego przebudzenia kobiecej walki. Również opartej o siostrzeństwo, ale dojrzalszej w postulatach i doborze środków, kwestionującej status quo wyraźnie i bez przymrużenia oka czy kompromisowego postulowania zmian. Wyzbytej strachu przed powiedzeniem: „Jesteśmy wkurwione, mamy dość, chcemy połowy władzy i świata akceptującego i szanującego potrzeby wszystkich – kobiet, mężczyzn, osób trans”. I mówiącej to jak najbardziej poważnie. Myślącej o społecznej strukturze szeroko i wielopoziomowo, dostrzegającej konieczność wyzbycia się przymusu „fajności” i akceptowalności wykrzykiwanych haseł. Mającej świadomość tego, że feminizm to nie tylko moja możliwość ekspresji siebie i moja wolność w wyborze tego, jak ułożę swoje życie (ciągle dostępna tylko określonej uprzywilejowanej grupie kobiet), ale też solidarność z tymi osobami, które ową możliwość i wolność mają jedynie teoretycznie, których ruchy są niezwykle mocno ograniczone przez strukturalne ramy. Że póki każda osoba w każdym miejscu na świecie nie będzie mogła być bezpieczna, wolna w swoich wyborach i od jakiejkolwiek formy przemocy, walka nie będzie skończona. Każdy mainstreamowy ruch określający się jako feministyczny i sugerujący, że osiągnęłyśmy zwycięstwo, bo mamy prawo protestować, na Wall Street staje pomnik odważnej (nomen omen) dziewczynki albo w firmach pojawiają się parytety na poziomie zarządów, to szkodliwa kpina z problemów, jakim stawiamy czoła.

Czy ktokolwiek może być w pełni wolny w późnym kapitalizmie, w którym wszystko jest na sprzedaż i niemal wszystko jest uzależnione od pieniędzy, a w konsekwencji – miejsca w społeczeństwie, które wyznaczają nam posiadany kapitał i przestrzeni, jaką zajmujemy w skomplikowanym układzie władzy i klasowych zależności? Śmiem wątpić. Jednocześnie jestem pewna, że tylko wspólnymi siłami i wspólną walką jesteśmy w stanie dążyć do realnej zmiany. To prawda, że kropla drąży skałę. Ale jeśli będzie na tyle miła i przyjemna, że skała jej nie odczuje, nigdy nie dojdzie do zmiany powierzchni, której dotyka.

„If feminism is universal, if it is something that all women and men can “get on board” with, then it is not for me.
If feminism is nothing more than personal gain disguised as political progress, then it is not for me.
If by declaring myself a feminist I must reassure you that I am not angry, that I pose no threat, then feminism is definitely not for me.
I am angry. And I do pose a threat.”*

 

 

*Jessa Crispin, Why I Am Not a Feminist: A Feminist Manifesto, 2017